“Jeszcze w zielone gramy..”

16 stycznia 2026

Odeszła Magda Umer. Piszę te słowa kilka dni po jej śmierci. Odchodzi wielu ludzi z mojego pokolenia, taki sens naszego istnienia. Kiedy przekraczamy 70 lat, zaczynamy o tym myśleć. Każdy na swój sposób. 

W sercu Magdy U. to właśnie Krystyna Janda zajmowała miejsce najbliższej z przyjaciółek

Magdę Umer znałam tylko “literacko”. Była bliską przyjaciółką Agnieszki Osieckiej i Krystyny Jandy, a z racji moich intensywnych dawnych zainteresowań teatralnych, dużo czytałam o Osieckiej. I wtedy w tamtych wspomnieniach przewijała się też Magda U. 

Na moich półkach są książki o Agnieszce O. W różnych sytuacjach wracam do nich, czegoś poszukuję. Przypominam sobie postaci z tamtych lat, z młodych lat ich przyjaźni: Agnieszka Osiecka, Magda Umer, Krystyna Janda, “Starszy Pan” – Jeremi Przybora. Maryla Rodowicz, Wojciech Młynarski, Agata Passent, Zuzanna Łapicka, Wojciech Mann i zapewne wielu innych, o których nie wiem albo nie pamiętam. 

Jedno jest pewne. Chyba nigdy wcześniej nie widziałam (nie czytałam) tylu ciepłych słów, napisanych po śmierci osoby publicznej – artystki.  Zazwyczaj głosy dzielą się na “za i przeciw”. A tym razem, we wszystkich mediach społecznościowych aż bije ciepło, żal, smutek. Każdy kto się odezwał (a przecież dla wielu ludzi nie jest to łatwe) szczerze i pięknie Ją wspomina.

Górne zdjęcia – (pożyczone ze strony internetowej Magdy Umer – migawki z koncertów). Dolne – Magda U. pośrodku. I zdjęcie z nagrania do jednego z programów z Agnieszką Osiecką. Magda Umer – tyłem (zapożyczone z książki „Agnieszki – Pejzaże z Agnieszką Osiecką”).

Trudno Magdę Umer zdefiniować jednoznacznie. Piosenkarka, wykonawczyni poezji śpiewanej, dziennikarka, scenarzystka i też aktorka.   Wyjątkowa osobowość – jakby “niesceniczna” –  delikatna, krucha, eteryczna. Jej kojący i lekko tajemniczy głos – szept z pewnością wszyscy dobrze znamy. Nikt tak pięknie nie interpretował piosenek literackich jak Magda U.

Melancholiczka, ale z poczuciem humoru. Jej własne piosenki, teksty poetyckie Leśmiana, Szymborskiej, Baczyńskiego, Osieckiej. Każda jej piosenka wyszeptana w ciepły sposób do ucha, zostawiła ślad w pamięci na długo. Mało kto kojarzy, że Magda Umer jest także autorką tekstów np. Jeszcze zdążę, Jeszcze w zielone gramy, Kiedy mnie już nie będzie, Miasteczko Bełz, Miłość w Portofino, Na całej połaci śnieg, Nie oczekuję dziś nikogo, Pamiętasz, była jesień… I dziesiątki, dziesiątki innych. Niektóre z nich wykonywała sama, wiele trafiło na scenę w interpretacji innych artystów. Ja chyba najbardziej mam w sercu i pamięci “ Koncert na dwa świerszcze i wiatr w kominie”. 

Wszystkie te piosenki, teksty słuchowisk, sztuk scenicznych – poznałam wczytując się  w opracowania i książki powstałe po śmierci Osieckiej. To był czas w moim życiu, kiedy ta grupa literackich twórców była mi bardzo bliska. Cóż, nie ma się co dziwić. Moje lata, moi idole. 😄🤔

Dziś już wielu z nich odeszło. 

Zdaję sobie sprawę, że każdy kolejny rok odkrywa nowych artystów. Jedni “trwają” scenicznie tylko chwilę, inni zapisują się swym artystycznym geniuszem na wiele lat. Magda Umer nigdy „nie zeszła” ze sceny, nawet wtedy, gdy już nie była w pełni aktywna. Nigdy nie przestała być artystką. Nie potrzebowała fleszy, skandali, świateł. Wystarczyli jej bliscy ludzie, ciepło otaczającego ją świata. I tak ją wszyscy zapamiętali. 

Tak o niej dziś piszą , tak ją żegnają…

Magda Umer, jej twórczość, jej sposób na życie, porusza we mnie wiele myśli – nie nowe, ale “świeże”. Powraca do mnie nieustające pytanie – jak stworzyć wokół siebie tak dobrą i ciepłą aurę, by wszyscy dostawali coś, co człowiekowi jest najbardziej potrzebne? Poczucie bliskości i dobroci. Bezpieczeństwa i spokoju. Tylko wybrani to mają w sobie. I tylko niektórzy z nich potrafią się tym dzielić.

W którymś z wywiadów Magda Umer powiedziała: “mój elektorat to ludzie smutni… Czuję z nimi solidarność. Ale smutek nie jest okropny, dołujący – jest w nim coś pozytywnego” .

Myślę – tylko co? Wrażliwość, może nawet nadwrażliwość? Jakaś melancholia? Ale także poczucie humoru i dystans do samego siebie. Wydaje się, że to tak różne cechy, iż niemożliwe, by połączyć to w osobowości jednego człowieka.  

Z synami i wnukami. Jak mawiała – najszczęśliwsza rola w jej życiu… (zdjęcie zapożyczone z oficjalnej strony Magdy Umer)

A jednak… Taka była Magda Umer. 

Była szczęśliwą matką i babcią. Podkreślała często, że to jej największe życiowe powołanie. 

Trzeba sobie nieustannie przypominać dobre chwile swojego życia. Są jak niewidzialne pigułki, wspomagające pozytywnie nasze frustracje, depresje. Zwykłe “dołki”, które dopadają każdego z nas. Bo Magdę U. depresja też dotykała. Bo artystka, wrażliwa i czuła, nie uniknie niepewności, wątpliwości i zadawania sobie trudnych życiowych pytań. 

W tym życiowym „dołowaniu” nie pozwalajmy sobie na zbyt długie okresy złości, pielęgnowanie pretensji do innych, zazdrości. Wszystko to czyni nas coraz bardziej zniechęconymi do ludzi i co gorsze – do siebie samego. 

A potem: 

Teksty Magdy Umer są jak perełki literackie. Słuchając różnych wykonawców jej piosenek, nie zdajemy sobie sprawy, że to ona je napisała. Brzmią tak zwyczajnie i po ludzku, a równocześnie niosą w sobie silną dawkę filozofii życia, pozytywnego myślenia. Niemal w każdym jej słowie jest coś ważnego, czego nie można pominąć w codziennym życiu. Mogłabym cytować każde wyrwane słówko, każdą jej myśl. 

Wszystko jest ważne. “Jeszcze w zielone gramy, chęć życia nam nie zbrzydła”… 

Nigdy nie spotkałam osobiście Magdy Umer ani Agnieszki Osieckiej.  Nigdy los nie nagrodził  mnie osobistym kontaktem z Krystyną Jandą. 

Kilka „pamiątek” – programy sztuk które zrobiliśmy w Teatrze Ogniska Polskiego na podstawie tekstów A. Osieckiej.

Czas, gdy A.Osiecka była u mnie „pod lupą” (z racji tworzenia sztuk teatralnych opartych na jej tekstach) przypatrywałam się także jej przyjaciołom i znajomym. Czułam się wtedy, jakbym ich wszystkich znała. Znałam poezję, znałam piosenki, w Teatrze Ogniska Polskiego wyreżyserowałam kilka sztuk z serii “Listy śpiewające”. To przecież moje pokolenie, może o kilka lat starsze. Ich początki i potem wielki “bum” karier przypada na koniec lat 60-tych i lata 70-80 (co tu dużo gadać) poprzedniego stulecia. Byłam studentką polonistyki i pasjonatką literatury, w tamtych latach wszystko docierało do mnie ze zdwojoną siłą. Pojedyncze występy, kabarety, płyty-single nagrywane i przekazywane sobie wzajemnie, festiwale w Opolu… Przeboje utrwalały się wolniej niż dzisiaj. Przecież nie było Internetu. Tylko Radio „Trójka” nas, młodych ratowała. 

To były inne czasy… Dziś mogę to poskładać w głowie, teraz dopiero widzę jak wielki „literacki prezent” został nam z tamtych lat. Mam nadzieję, że niedługo ktoś, podobnie jak twórczość Osieckiej, pozbiera, opisze, zrobi przyszłym pokoleniom bukiet najpiękniejszych słów i myśli Magdy Umer. 

Wokół nas jest wielu ludzi ciepłych, dobrych, zdolnych – wyjątkowych. Takich, którzy zawsze dają więcej niż biorą.  To wielki instynkt dobroci. Nie wiem skąd się bierze. Czy mamy to zapisane w genach? Czy uczymy się tego, bo chcemy? Czy życie nas ustawia w sobie tylko znanych “kategoriach”? 

Doświadczyłam tego i doświadczam nadal. Dostrzegam w ludziach niezwykłą umiejętność przekazywania dobra drugiemu Człowiekowi. To duże szczęście spotkać na swej drodze takie osobowości. 

Nic od nas nie żądają, niczego nie chcą w zamian – za to są pomocni, bije od nich ciepło i empatia. Nie ma w nich niechęci, uciekania od trudności, nawet zmęczenia. Oczywiście wiem, że to nie dzieje się “bezustannie i zawsze”. Mam świadomość, że człowiek ma słabości i żaden dzień się nie powtarza. 

Ale – łatwo oddzielić tych, którzy rozsyłają pozytywne “fluidy” od tych, którzy… są po prostu zwyczajni. Jak ja i jak ty. 

Przysłuchuję się czasem rozmowom Młodych, pełnych sił życiowych, w momencie ich najlepszych chwil, kiedy wszystko wydaje się nieskończone, trwające na zawsze – bez nagłych nieprzyjemnych zakrętów i zmian. 

Młodym trudno pojąć, że matka, ojciec nagle stali się “dziwni”. Zmienili się, nie pamiętają, że “wczoraj o tym rozmawialiśmy”… , że powtarzają znów to samo, w kółko i bez wstydu… Nie mogą przyspieszyć kroku, chociaż jest prosta droga. Tracą dawne poczucie humoru, bywają zmęczeni, niechętni…

Dorosłe dzieci dziwią się, że jest inaczej niż kiedyś… Kiedyś wiedliśmy wszyscy razem codzienne życie, bez obaw i strachu. Każdy na swój sposób, ale jakby wszystko szło swoim utartym torem. 

Dzisiaj nie ma utartych, przewidywalnych “torów”, nie ma codziennego balansu. A jednak życie toczy się dalej. Zadziwia to nas starszych, zadziwia też to Młodych.

Mam bardzo kochanych wnuków. Są dorośli, mają swój szaleńczy młody czas. A jednak – wciąż umieją z nami rozmawiać. Wciąż chcą z nami się spotkać, pogadać, pośmiać się. Nie przesadzamy z angażowaniem ich towarzysko, ale uwielbiamy to, co wciąż nam dają. Rodzina to najpiękniejsze, co człowiekowi w życiu może się zdarzyć. Ale też los nie darowuje nam niczego za darmo. Przez całe życie pracujemy nie tylko na wygodę, na podróże, na sukcesy, na przyjemności, ale przede wszystkim na uczucia i związki emocjonalne. To dużo trudniejsza droga…

Magda Umer napisała kiedyś piosenkę “JEST CUDNIE!” (w 2008 r. a więc będąc w pełni sił), do której muzykę stworzył Seweryn Krajewski (też z tej samej “literackiej bandy” dobrych moich lat!!) a wykonywała ją Maryla Rodowicz. Mnie udało się znaleźć tę piosenkę w wykonaniu samej autorki, podczas koncertu, który odbył się w 7 marca 2025, z okazji 55-lecia pracy artystycznej. Miał miejsce w warszawskim Klubie Stodoła, gdzie artystka rozpoczynała swoja karierę. To ostatni Jej występ sceniczny..

Wiek starczy to pewnego rodzaju porażka. I to taka, w której my nie jesteśmy nic winni. Tak jest i musi być. Jak wszystko w naszym życiu – jest czas właściwy także na starość. Tu boli, tam strzyka, tu pigułki, tam trudne testy medyczne. A pomiędzy – jeszcze całkiem nieźle “bal trwa”. Dopóki mamy ochotę na spotkania rodzinne, książki, teatr, plotki przyjaciół, malowanie, wyszywanie, spacery i uśmiechy … – jest dobrze. I ma być dobrze! 

Dziś już bliżej “nocy” a ciągle jest cudnie…

*******************************************

I jeszcze jedna z moich ulubionych piosenek w wykonaniu autorki tekstu. „Koncert na dwa świerszcze i wiatr w kominie” – Magda Umer.


POWRÓT

Zatańczyć jeszcze raz

1 stycznia 2026

Nowy Rok. Nowy temat. Nowe wspomnienia i pragnienia.

Zawsze uważałam, że taniec jest jedną z najpiękniejszych form ruchu człowieka. Taneczny ruch nie wymaga od nas niczego nadzwyczajnego. Nawet muzyki, choć ta wydaje się naturalnie pobudzającym bodźcem do poruszania się w jej rytm. 

Tak naprawdę wystarczy wyobrażenie sobie rytmu, który sprowokuje miękkie poruszanie biodrami, ruchy rąk czy nóg. Mogą być tak delikatne, że aż niezauważalne dla osoby patrzącej z boku. Często jesteśmy zachwyceni, gdy obserwujemy maluchy poruszające się w rytm muzyki. Albo ledwie uchwyconego rytmu wystukiwanego na jakimś instrumencie. Są to pierwsze sygnały muzykalności małego Człowieka, a może i przyszłego tancerza czy tancerki. 

Maluchy (z sieci)

Już w przedszkolnych czasach mojego pokolenia popularne były zajęcia rytmiki. Zwykłe proste kroki, ruchy rąk skoordynowane z dźwiękiem prostej muzyki dla maluchów. Dzieciaki zawsze to lubiły.

Każdy z nas ma w sobie inną wrażliwość na dźwięki. Na rodzaj muzyki, jej głośność. Czasem jest to tylko reakcja uśmiechem, czasem już wybijamy rytm przebierając palcami po blacie stołu. Innym razem nasze nogi delikatnie układają się w pierwsze kroki przyszłego tańca.  

Przypominam sobie zajęcia kółka geograficznego w 7 i 8 klasie, w podstawówce. Odbywały się w soboty o 13.00. Sobota była normalnym dniem nauki, ale lekcje kończyły się trochę wcześniej. Wtedy właśnie był czas na zajęcia pozalekcyjne. 

Mam nawet kolegę, z którym chodziłam do tej samej klasy przez całą podstawówkę i potem 4 lata w liceum im. Sobieskiego w Krakowie.  Kiedy kilka lat temu, w 2022 roku mieliśmy cudowne spotkanie z okazji 50–lecia naszej matury, właśnie z Jackiem wspominałam te nasze geograficzne specjalne zajęcia. 

Zdjęcia z jednej z wycieczek – chyba w 7 klasie. Mój kolega J. z tej samej klasy (przez 12 lat) na dolnym zdjęciu (siedzi w pierwszych rzędzie) Nasz Pan stoi tuż za nim.

Wyjątkową i nietypową cechą tych “geograficzno-różnorodnych” spotkań było (już po części geograficznej) pół godziny tanecznych wygibasów. Czekaliśmy na to jak na szpilkach – nie jestem pewna czy wszyscy tak samo, ale ja bardzo. Przesuwaliśmy szybko kilka  krzeseł i ławek szkolnych, włączaliśmy magnetofon Grundig (albo może inny…) i natychmiast pierwsze dźwięki naszej modnej nagrywanej na taśmy muzyki sprawiały, że ta sobotnia część taneczna była dla nas szansą na pierwsze lekcje nauki tańca. Nikt nas nie krytykował, Pan niczego tanecznego sam nam nie pokazywał – za to wspomagał słowem. To wtedy właśnie nauczyłam się niesamowitych wygibasów rock-end-roll-owych, królował przecież ROCK/Presley, a u nas w polskim wydaniu “motylek” (czy ktoś pamięta.?) Tańczyliśmy jak opętani, umiałam nawet prześlizgnąć się płynnie pod nogami partnera!

Kółko prowadził pan od geografii (nam wydawał się “starszy” i stateczny 😄) i naprawdę lubił geografię i zaszczepił w nas podróże po mapie świata, opowiedział setki ciekawostek czytanych w dostępnych wówczas geograficznych tygodnikach, miesięcznikach. Każdy z nas zdobywał gdzieś ciekawe widokówki i przynosiliśmy je na te spotkania. Opowiadaliśmy o zasłyszanych w domu, czy od znajomych wspominkach z wyjazdów, filmów, o doświadczeniach podróżniczych. Sami przygotowywaliśmy znalezione artykuły, na ile mógł to zrobić młody 13-to czy 14-letni uczeń. Pan od geografii naprawdę lubił uczyć i lubił młodzież. Miał poczucie humoru. I miał wiele innych form kształcenia nas – np. wczesną wiosną i późną jesienią jeździł z nami na wycieczki do miejscowości wokół Krakowa. Nie było ich wiele, ale kilka zapamiętałam. To była duża frajda. Kilka godzin niedzielnych, kilkoro uczniów i nasz Pan. Niestety, nie pamiętam jak się nazywał… 

Pan zachęcał nas i uczył także walca i tanga (oj, to było dużo trudniejsze…). Te tańce już nie wychodziły nam tak dobrze jak szalony “motylek”, raczej “dwa na trzy”, ale Pan cisnął nas byśmy próbowali wszystkiego.

Może to właśnie były początki mojego zamiłowania do tańców na późniejszych spotkaniach/potańcówkach szkolnych czy prywatkach domowych. Także te harcerskie, na zabawach Andrzejkowych czy karnawałowych. Uwielbiałam te imprezy. Zawsze miałam powodzenie na parkiecie. Wspominam te chwile z rozrzewnieniem. Choć dziś już zamglone, przydymione minionym czasem, wciąż mam przed oczami obrazy różnych chłopaków, który też fajnie tańczyli. Byli i tacy, którzy może nie tańczyli dobrze, ale byli ważni. Tuptali “dwa na trzy” i przytulali…

Zdjęcia pochodzą z jednej ze studniówek w Liceum Medycznym w Sosnowcu.(jakoś lata 80-te…) My, grono nauczycielskie bawiliśmy się świetnie – tańczyliśmy zarówno z uczniami jak i nieco starszymi – nauczycielami i naszymi partnerami 😀

Chłopcy nie byli odważni w zapraszaniu nas do tańca, często my dziewczyny, tańczyłyśmy same. Albo – zdarzało się, że to my prosiłyśmy chłopca do tańca, a potem to już samo szło…

Niestety, nie jestem znawcą muzyki, wiedza o piosenkach i ich wykonawcach nie za bardzo trzymała się mojej głowy. Kiedyś znałam dobrze piosenki Skaldów, Grechuty, Stana Borysa. Lubiłam niektóre Piosenki Czerwonych Gitar, uwielbiałam (i nadal uwielbiam) Marylę Rodowicz. Był Maanam, Kombi, Anna Jantar, Halina Frąckowiak, Budka Suflera. Oczywiście Czesław Niemen, Zbigniew Wodecki, Mira Kubasińska i zespół Breakout… i wielka plejada innych, o których już nie wspomnę, bo zabrakłoby komputerowego “papieru”.  Oczywiście, na prywatkach królowały też piosenki Beatlesów i Rolling Stonesów. I ciągły spór wśród nas, który z tych zespołów był lepszy…🤔

Dziś, po tylu latach mogłabym wciąż i tak samo jak wtedy słuchać tych piosenek. Wbiły się tamte rytmy i słowa (bo słowa były dla nas bardzo ważne!!).  Choć przez kolejne dziesiątki lat przewinęło się na naszych balach i amerykańskich party wiele innych popularnych i pięknych utworów, tamte melodie są dla mnie “świętym ołtarzykiem” muzycznej młodości. 

Lubię też jazz tradycyjny, reggae, bluesa. A tu w Ameryce poznałam muzykę country i też ją polubiłam. Ale – nieczęsto słucham muzyki dla samego jej słuchania (chyba, że idziemy na koncert). Wolę, gdy muzyka zespala się z tańcem, wtedy naprawdę do mnie przemawia.    

Z czasem coraz popularniejsze stawały się tańce “w kółeczku” czyli partner nie był konieczny🤣. Tańczyliśmy razem, nieważne ile było dziewczyn, a ilu panów. Tańczyliśmy razem – każdy – jak umiał, jak czuł w sobie rytm muzyki. 

A jednak – są rodzaje tańców, które wymagają, by nas „było dwoje”. Jak śpiewał Krzysztof Cugowski  z “Budką Suflera“ .. .bo do tanga trzeba dwojga, zgodnych ciał i chętnych serc…” I nie tylko do tanga!!

Mój przyszły mąż (i ciągle mąż) nie przepadał za tańcem. Na początku oczywiście taniec był szansą na “oficjalną” bliskość przy ludziach, więc tańczyliśmy wszędzie, gdzie była muzyka i kiedykolwiek była ku temu okazja. Potem tańczyliśmy, bo przecież “jesteśmy parą na wieki”🤔 Lata mijały, a kiedy mówiłam “idziemy zatańczyć?” mój mąż przewracał oczami i z uśmiechem szedł na parkiet. 

Zawsze mówił, że “w tańcu muzyka mu nie przeszkadza”. Proszę sobie zinterpretować tę wypowiedź według uznania… Ja z uporem maniaka i uśmiechem ciągnęłam go do tańca, bywało na chwilę i na dłużej. Ale – muszę uczciwie przyznać, że nie odmawiał, czasem tylko, gdy była okazja i większa grupa tańczących – wycofywał się “rakiem”  i udawał się w lepsze miejsca do towarzyskich rozmów. 

Mnie to nie przeszkadzało… Kiedy wspominam sobie imprezy Ogniskowe – Bale Noworoczne, Andrzejki, Ostatki z pączkami, prywatne szaleństwa na dziesiątkach party – och, wyszalałam się, wybawiłam się, dawałam się ponieść nastrojowi, rozładowałam setki przeróżnych emocji i wiele energii. Dzisiaj – nie mogę narzekać!! 

Muzyka zmieniała się szybko, zwłaszcza tutaj w Stanach. Już nie królowały polskie stare przeboje. Od czasu do czasu przypominaliśmy sobie jako lekki wzruszający przerywnik “Annę” Stana Borysa, czy “Niech żyje bal” Maryli Rodowicz. 

Nawet na weselu mojej córki (25 lat temu) szaleliśmy wspólnie z młodymi gośćmi w rytm polskich przebojów. Plątały się z inną muzyką wybraną przez Nowożeńców (tę polską część też oni wybrali). Pamiętam, że wówczas królował przebój Kayah i Goran Bregović – “Prawy do lewego” – ..”Prawy do lewego, wypij kolego, Przecież wiemy, nigdy nie ma tego złego…”)  

I do tego taniec, układ kroków, który wszyscy szybko chwycili, nawet ci, którzy nie znali słów piosenki. Zabawa w dużym kółku, znakomity rytm i szybkie przekładanie nóg, tak by nie zadeptać tego, kto tańczył obok.

Dziś ucichły imprezy taneczne…

Nie, ludzie tańczą zawsze i wszędzie!! To my, moje “starszawe” pokolenie, chętniej bawimy się przy rozmowach towarzyskich. Nawet jeśli muzyka gra, wolimy ją nieco wyciszoną, spokojniejszą. Co stało się z tanecznym entuzjazmem? Czy wciąż jest we mnie?.. 

Pamiętam, w liceum, wpadła mi w ręce książka o życiu i pasji tańca amerykańskiej tancerki i choreografki Isadory Duncan. Była pionierką tańca nowoczesnego. Występowała na scenach amerykańskich i europejskich. Związana także z Rosją (miała  przez krótki okres życia – męża, rosyjskiego poetę, Siergieja Jesienina a nawet  otrzymała rosyjskie obywatelstwo).  Jej życie było niesłychanie bujne, ale też pełne tragicznych wydarzeń. Straciła troje dzieci, a mając 50 lat zginęła tragicznie jadąc jako pasażer w odkrytym pędzącym sportowym samochodzie. Entuzjazm i szaleństwo szybkiej jazdy nieszczęśliwie zacisnęły na jej szyi długi szal, który wplątał się w koło auta. Szal udusił cudowną tancerkę  i spowodował natychmiastową śmierć. Wszystkie te tragiczne wydarzenia w jej życiu związane były z wypadkami samochodowymi.

Isadora Duncan – 1877-1927

Ale nie to mnie zafascynowało w tej książce. Do dziś pamiętam niesamowite opisy jej walki z własnym ciałem, upór, by osiągnąć tak wielki kunszt ruchu i zespolenia się z muzyką. Jej taniec – innowacyjny, nowoczesny jak na tamte czasy spowodował rewolucję w świecie tańca…

Inspirację czerpała z natury i ze starożytnej greckiej sztuki. Jej ruchy były płynne, zgodne z grawitacją ziemi. W tańcu było wszystko, co jest naturalne w ruchu człowieka – chodzenie, bieganie, podskakiwanie. W tych pozornie “nie tanecznych ruchach” Isadora wydobywała piękną harmonię, lekkość, giętkość.  Była zachwycająca.  

Szokowała swoim tańcem niemal cały świat. Nigdy nie widziałam jej na scenie (choć z pewnością można poszukać na YouTube zachowanych filmików), ale książka o jej życiu zachwyciła moją wyobraźnię… Niestety, książkę czytałam bardzo dawno temu i jej tytułu nie pamiętam… Ale pamiętam wrażenia o niesamowitym życiu, które po prostu było tańcem… I tak się rozmarzyłam, że nasunęła mi się taka stara piosenka…

Oglądałam kilka filmów tanecznych: „Dirty Dancing”, „Akademia Tańca” czy serial “Tancerze”. Jest ich pewnie o wiele więcej. Wszystkie ukazują jak ciężką pracą jest taniec profesjonalny. Jak każdy zawód artystyczny, taniec wymaga wyjątkowych predyspozycji, wielkiej siły i zaparcia, setek godzin treningu i odwagi scenicznej. 

My – zwykli miłośnicy tańca – po prostu tańczymy. Tak jak nam podpowiada rytm muzyki, nastrój chwili, bliskość ludzi. Taniec – jest także piękny, przyjemny i bliski. Do mnie przemawia dużo bardziej niż biegi czy ćwiczenia gimnastyczne. 

Możesz tańczyć sama ze sobą, poruszać biodrami lekko i spokojnie, albo zaszaleć i zatracić się w rockowym stylu. Jeśli to lubisz – tańcz!

Bardzo bym chciała jeszcze zatańczyć… Do wspomnień muzycznych, dla ogrzania ciała, dla zatracenia się choćby na chwilę w rytmie tego, co lubię od najmłodszych lat. 

Jak w piosence Anny Jantar – Przetańczyć z tobą chcę całą noc („Moje jedyne marzenie”)– do której setki razy tańczyłam. Ilu chłopców, ilu nas – już dorosłych, przemknęło na parkiecie do tej melodii.. (Ach, ale jestem sentymentalna! 🤔)


POWRÓT

W blasku świec

16 grudnia 2025

Najczęściej słyszymy powiedzenie: W blasku świateł

Mamy różne skojarzenia. Najszybciej przychodzi myśl – jakaś scena, mała intymna albo wielka, uderzająca bogactwem techniki, koloru. Zachwycająca rozmachem i pomysłem artystycznym. I blask świateł. Reflektorów. Zmieniających się kolorów, ich położenia i kąty ustawienia. 

Tam gdzie sięga blask światła, tam jest skupione nasze pole widzenia. W centrum światła mamy to, co w danej chwili jest najważniejsze.  Światło pomaga. Światło kreuje serce obrazu, ogniskuje wszystkie elementy, na które mamy zwrócić uwagę. 

Światła sceny

Nasz mózg pobudza oko. Oko wpatruje się w sedno. 

Na scenie jest oświetlony punkt. A tym punktem może być wszystko. Wszystko, co ważne w tym momencie. Miejsce, drzwi otwarte, przestrzeń w oddali, obraz artystyczny i… Człowiek. Scena teatralna. Scena filmowa, scena życia. 

Miejsce, gdzie właśnie dzieje się coś

 Być w blasku światła. Mieć swój moment na scenie. Prawdziwej albo wykreowanej. Jakiejkolwiek, ale mojej. Ten jeden jedyny raz doświadczyć wagi swojego istnienia. Zagrać rolę, która może już się nie powtórzy. Stanąć na ślubnym kobiercu przed Bogiem i ołtarzem. Zobaczyć wielkie audytorium tłumu, który przybył na mój wykład. Zaśpiewać przed najważniejszą komisją. Zagrać przed wymarzona publicznością. .. Poczuć się wyjątkowym w blasku świateł.

Światło może być w nas

Światło może być naturalne. A blask może bić od ciebie. Od moich oczu, od twojej mądrości. Może emanować w nas samych. Wytwarzać naturalne pole jasnej siły. 

Świat jest podzielony, z różnych przyczyn, na ludzi “szare myszki”, których nadmierne światło razi i zniechęca do wyjścia na “scenę” .  I na takich, którzy nie potrafią żyć bez blasku i poklasku. A pośrodku – są tacy jak ja. I wielu innych. Biegając codziennie swoją zwykłą drogą natrafiam na dziury i “tańczę z myszkami”. Nie narzekam, bo czuję się dobrze, gdy blask świateł mnie nie dosięga.  Siedzę cicho i myślę, tworzę rzeczy, dla których blask jest zbędny.  

Aż pewnego dnia zdarza się moment, gdy blask świateł dosięga i mnie. Czuję, że to ta właściwa chwila. Jak wszystko  życiu – coś się zdarza i rozświetla mnie także. Przez moment, dzień a może dłużej, czuję się jasna, wyjątkowa, doceniona. 

Wiem dobrze, że to nie na zawsze. Ale wiem też, że dla mnie pozostanie moją sceną i moim zaistnieniem w blasku świateł życia. 

Każdy ma taką chwilę. Czasem dwie, a może dużo więcej. Bo sceny oświetlone reflektorami nie są zarezerwowane tylko dla artystów. Nie muszą być stworzone sztucznie. A mogą cieszyć tak samo i dawać nam satysfakcję. 

Można być wybitnym aktorem, piosenkarzem, geniuszem w każdej dziedzinie. Mieć wyjątkowy talent, dar do bycia “blaskiem” – to wielka umiejętność. Na pewno nieprzypadkowa, raczej ciężko zapracowana. 

Bywa (i wcale nierzadko), że blask świateł przygasa albo po prostu gaśnie. Wtedy – czasem boli.

Mój świat lubi jasność, ale najpiękniejszy jest w blasku świec. Scena, chwilowy sukces, komplementy, ciepło ludzkich przyjaznych słów – wszystko to sprawia przyjemność. Ale nie musi trwać ciągle, bym poczuła się dobrze.  Chwile blasku są wyjątkowe i muszą gasnąć. Tak musi być…

Blask świec jest delikatny, intymny i nie muszę go dzielić z całym światem, bym  poczuła jego ciepło. 

Znam ludzi, którym do spokoju i szczęścia świece są niepotrzebne. Nic w tym złego. W końcu świeca to tylko rzecz. A rzeczy mamy wokół siebie mnóstwo, naturalnym odruchem jest selekcja co lubimy, a czego nie. 

Swiątecznie..

Ja lubię świece! Lubiłam świeczki w malutkich metalowych uchwytach na choince zapamiętanej z dzieciństwa. Zapalanych tylko w wieczorny moment kolacji wigilijnej. Wtedy rodzice mieli świece “na oku”, by nie zapaliły choinki, by nie zdarzyło się zmienić tego wieczoru w pożar. 

Lubiłam świece na zimowiskach harcerskich, kiedy układaliśmy je w kominku (jeśli taki był w pomieszczeniu), gdzie wieczorem mieliśmy tradycyjne spotkania wokół kominka. Pamiętam noc albo raczej bardzo późny wieczór, gdy biegliśmy do lasu na miejsce wyznaczone świecami na śniegu, gdzie miała się odbyć zuchowa (a może już harcerska) przysięga…

Zapamiętałam sklep w Krakowie, (wczesne lata 70-te, XX wieku) gdzie sprzedawano bardzo ładne świece, o niezwykłych jak na owe czasy kształtach. Nie były jeszcze z dobrej jakości wosku i kiedy się paliły, zalewały stopionym woskiem “kałużę” wokół świecy. Ale i tak były piękne! W różnych kolorach i wysokościach tworzyły artystyczne kombinacje. Już wtedy zaczęłam kupować świece, używać je jako dekoracje i tworzyć z nich wyjątkowy nastrój.  

Kiedy nie ma prądu w domu i jest zimno

Świece (i najlepiej jeszcze zapałki w pobliżu 😄) w domu trzeba mieć! Prąd wysiądzie, świece pod ręką. Nawet jak zrobi się zimno, bo ogrzewanie też wysiadło, to płomień świecy rozgrzewa… umysł. 

Od wieków świece miały zadanie praktyczne. Zastępowały dzisiejsze wymyślne lampy. Były jak kaganek – dawały blask, punktowały obraz. Dziś zmieniły swą rolę albo raczej poszerzyły. Mają dla nas wciąż moc światła, ale także zapachu, piękna i emocji. 

Noc 1-go listopada – polskie cmentarze (z sieci)

Nieprzypadkowo idąc na cmentarz, na groby bliskich, bierzemy świece. To część naszej pamięci, wspomnień. To światełko łączności pomiędzy mną a osobą, którą właśnie odwiedzam. Kto zna atmosferę i obraz cmentarzy polskich w dniu 1 listopada, nigdy nie zapomni wrażenia, jakiego doznajemy. Obraz miliona świec, łuna jasności, która bije od nich przez całą listopadową noc, zapada na zawsze w pamięci. 

Moje kochane ciocie. Nie ma ich już przy mnie. Ten płomień świecy łączy nas na zawsze.

W tym blasku, w blasku nie sztucznych świateł, a zwykłych prostych świec ożywają duchy tych, których nie ma już wśród nas.  Można nie być tego dnia na cmentarzu, ale gdy zapalisz świeczkę dla Niego, dla Niej – jesteśmy razem. Ten mały płomyk łączy nas duchowo w najpiękniejszym wspomnieniu. 

Każdego roku, jak niesie tradycja (teraz też popularna w Polsce) na torcie urodzinowym zapalamy małe cieniutkie świeczki. Najpierw jedną, potem dwie i więcej. Dodając nam kolejnych lat – świec ubywa, aż do tej jednej symbolicznej.  

Urodzinowo

Zdmuchując płomień wymawiamy w myślach życzenie tajemne, marzenie na cały następny rok. Dzieciaki to uwielbiają. Czekają każdego roku na swój ulubiony tort, którego smak nie jest tak ważny, jak ta świeczka z życzeniem.  

Świece zawsze płoną na ołtarzu w kościele. W różnych miejscach i w różnych intencjach. Są symbolicznym światłem Chrystusa. 

W moim domu świece zapachowe są bardzo ważne. Lubię zapachy. Wszędzie i zawsze. Mój nos jest bardzo wyczulony na zapach. Mam swoje ulubione miejsca, gdzie kupuję świece. I mam ulubione zapachy. Różne zapachy, nie ograniczam się do jednego czy dwóch. Dla mnie zapach w połączeniu z blaskiem, z palącym się pięknie i równo knotem, wpływa na moje samopoczucie. Relaksuje mnie i odpręża. Pozwala mi przenieść się w świat spokoju. Odrywa mnie od codziennej bieganiny. 

Staram się każdego wieczoru zapalić świecę na stoliku. Zjeść obiad z mężem, z rodziną przy świecach.  Wtulić się w pachnącą oazę przyjemności. W takim momencie wszystko staje się radosne. Dla mnie to magia chwili. Nastrój, który natychmiast zmienia moje nastawienie po trudnym dniu. 

Niektórzy ludzie zapalają świecę na biurku, gdzie pracują. Zapach, blask pomagają im w koncentracji i skupieniu. 

Świece mogą być różne i wszędzie!

Zapach  wpływa na bodźce człowieka. Jesteśmy różni. Jedni potrzebują muzyki, gdy sprzątają mieszkanie, inni czują się dobrze wśród zieleni w swoim domu. Jeszcze inni potrzebują zapachu lawendy, róży, fiołków, drzewa sandałowego, jaśminu… Lubię bardzo zapachy natury. Gdy nadchodzi jesień pojawiają się wszędzie świece cynamonowe – jabłkowe, imbirowe. Zapach gałki muszkatołowej zmieszanej z nutą drzewa sosnowego czy cedrowego. Dla każdego coś przyjemnego. Pod warunkiem, że to lubimy.  

Człowiek odczuwa zapachy bardzo indywidualnie. To, co czuje mój zmysł zapachu nie oznacza, że ktoś inny odczuwa go tak samo. Podobnie jest z muzyką, kolorem.

Ilu ludzi – tyle wrażeń.  Nie namawiam do kupowania świec i testowania uczuć. Piszę o tym, bo dla mnie to ważne odczucia. I istotny sposób na odbieranie świata. Blask, zapach, kształt, kolor świecy, wszystko to ma dla mnie znaczenie.

Oczywiście, dziś jeszcze liczy się jakość! Wosk, ktory spala się powoli i równo powoduje, że świeca nie zalewa eleganckich świeczników, nie kapie na obrus, nie niszczy niczego wokół. No i spala się prawie do końca, tym samym świeca jest bardziej wydajna. Rodzaj knota też ma znaczenie.

Jedne z moich ulubionych

W dzisiejszych czasach najpopularniejsze są świece w szklanych pojemnikach o różnych kształtach. I kolorach. Także w glinianych “kubełkach” albo szklanych, o bardzo ciekawych i artystycznych kształtach. Jest ich setki! Niektóre są znane i łatwo dostępne, ale bywają tak niesamowite w zapachu, jakości i… cenie, że trudno to sobie nawet wyobrazić…

 Nie daję się zwariować – choć… w oczach ludzi, dla których świeca stanowi obojętny produkt – tak to może wyglądać. Kupuję świece dobre, różne. Szukam nowych zapachów i kształtów.  Przyjaźnię się ze świecami. 

Domowe zapasy 😃

I nie odrzucam ładnych świeczników, w które wkładam świece tradycyjne, smukłe i cienkie. Są także piękne!  W ten sposób ułatwiam moim bliskim wybieranie prezentu dla mnie, bo dobra świeca zawsze mi sprawia przyjemność.😄

Moja polska przyjaciółka mawia “ Każdy ma swojego kota!”  Jednym z wielu “moich kotów” są wieczory przy świecach. 

Ciepło ich blasku, zapach, tworzenie atmosfery relaksu, ich symbolika i wszechstronność zastosowania, są dla mnie ważnym terapeutycznym  i kojącym elementem życia.   

Spróbuj i Ty. A jeśli nie lubisz… poszukaj sobie coś innego – miłego.

*************************************

Blask świec, to także niepowtarzalny urok Świąt Bożego Narodzenia. Temu nie da się zaprzeczyć. Polecam więc jeszcze jedną piosenkę młodziutkiego duetu ELI & NATI, autorski singiel „W blasku świec”.

WESOŁYCH ŚWIĄT!!


POWRÓT

W listopadowy gorący dzień

1 grudnia, 2025

Kiedy zaczynam pisać ten tekst jest początek listopada. Trudno wyobrazić sobie gorący dzień w listopadzie. 

A tam w Polsce pewnie zimno i mroczno. Może siąpi nieprzyjemny deszcz. Może wieje ostry wiatr. A może już śnieżno i biało? Ludzie stoją na przystankach tramwajowych czy autobusowych przemarznięci nie tyle z powodu temperatury, co wilgotnej nieprzychylnej człowiekowi aury. Dziś nazywa się to realną odczuwalnością. Niekoniecznie musimy sprawdzać termometr, żeby wiedzieć/czuć, że jest zimno brzydko i bardzo, bardzo nieprzyjemnie. 

NIESPODZIANKA !! tak dojrzewają moje cztery (!!) mandarynki!

Jak każdy czas, każda pora roku – bywa, że nas zaskakuje pozytywnie. Mimo kalendarzowego listopada, zdarza się słoneczny radosny dzień. 

Takich dni listopadowych w Houston jest mnóstwo. A w tym roku wyjątkowo lato trwa i trwa… I mimo, że wokół nas jesienne dekoracje, natura wciąż nas rozpieszcza. Jest tak cudnie! Od rana pachnie w ogródku jesienią, ale kwiatki kwitną po raz drugi w tym roku.  Słońce przygrzewa z taką mocą, że wciąż trudno zmienić swą szafę w jesienno-zimową. Temperatura 75F (ok. 24 C) , to nawet jak na Houston wyjątkowo ciepło. W południe słońce przygrzewa jak w środku lata. 

Ale nie mam zamiaru pisać prognozy pogody!  Pogoda, jak powszechnie wiadomo – zmienna jest. Ma za to ogromne znaczenie dla naszej psychiki. Otwierając rano oczy, nasze pierwsze spojrzenie, prawie zawsze, wędruje w kierunku okna. Od tego, co tam ujrzymy zależy nasz nastrój, który w ciągu dnia może się kilka razy zmienić, ale  ten pierwszy moment ma duże znaczenie. W naszym mózgu odbieramy “pogodowy”  impuls – radości lub smutku. Rozczarowania lub ekscytacji. 

Dwóch braci – jeden w krótkich spodenkach i zwykłym T-shirt-cie. Drugi – w długich spodniach i zimowej kurtce.Tak pogoda oddziaływuje na różne osoby. (No i te włosy rożne! – ale tu już pogoda nie ingerowała w wybory) 😂

A może tylko ja tak poddaję się pogodowemu nastrojowi?..  Gdy pada biały świeży śnieg (nie w Houston!) i świeci od rana słońce, nieważne czy temperatura jest grubo poniżej zera. Jest pięknie, radośnie i wcale nie myślę o tym, że jest mroźnie. 

Pamiętam polskie listopadowe dni, gdy zdarzało się, że dzień był ciepły i słoneczny. Inaczej niż tutaj, ale wtedy takich listopadowo – houstońskich dni jeszcze nie znałam..

Wychodziliśmy ze szkoły i nie chciało się nikomu iść prosto do domu. Wędrowałyśmy na Rynek w Krakowie, na małą kawę (niestety, “ogródków” jeszcze nie było albo bardzo niewiele…), wpadałyśmy do sklepów, głównie pooglądać, bo z “kasą” było kiepsko. 

Krakow, Planty, kasztany i my 🤔 (z sieci)

Lubiłyśmy siedzieć na Plantach i patrzeć na wielkie kasztanowce, z których co raz to spadał piękny brązowy kasztan… Niestety, dość szybko słońce chyliło się ku zachodowi i zaraz czułyśmy chłód. No i ten dziwny czas szarości… Już koło 5 popołudniu robiło się ponuro i ciemno. I czar ciepełka pryskał. 

Jesienny Kraków – symbolicznie

Tu, w Houston wieczór nadchodzi później i mimo tego, że u nas też czas na zegarach zmienia się na zimowy, to odczuwalność jest łagodniejsza.  

Polski listopad to dużo więcej deszczów, ostrych wiatrów i zimna. To już właściwie aura zimowa. Tu większość drzew jest zielona i zachowuje liście na czas zimy. Ale to nie znaczy, że liście nie opadają. Muszą jakoś wymieniać się “starsze na młodsze”.  Nie jest to jednak proces tak mocno dostrzegalny jak w klimatach czterech pór roku. 

Przebywając teraz dość często w Kolorado (Durango) wiem, że w wielu stanach zmiany pogodowe i pory roku są podobne albo takie same jak w Polsce.

Uwielbiam houstońską jesień. I zimę i wiosnę. Trudniej jest przetrzymać cztery miesiące lata. Dzięki tutejszej pogodzie ludzie naprawdę uśmiechają się częściej i więcej. Mają więcej energii,  planów, spędzają dużo więcej czasu na zewnątrz. 

Zimowa moda w Teksasie

Jeździmy na wycieczki, na cruise-owe wyprawy po morzach, organizujemy wiele imprez jak spotkania, festiwale, koncerty, grille – wszystko w parkach, na zewnątrz. Chce się żyć pełną parą! Ten czas sprzyja życiu towarzyskiemu. A to takie ważne, by nie zamykać się w czterech ścianach i poddawać się smutkom i niechęci do działań. 

Zimą – bywa, że się ochłodzi na kilka dni. Bywa, że powieje. Ale i tak większość dni jest ciepła i przyjemna. Świat mody i biznesu też żywo reaguje na pory roku. Można kupić sobie futerko, ale nie musi być tak ciepłe, aby chroniło nas przed prawdziwym mrozem. Lubimy ładne sweterki, ale nie muszą być grube i ciężkie. Mamy kozaki, ale często w nich gołe nogi… To zresztą bardzo (!!) teksańskie: kozaki (kowbojki) i krótkie spódniczki. I zgrabne gołe nogi. No, może już nie dla mnie taka moda, ale młodość może wszystko!! 

Jeden z bardzo „zimnych” zimowych dni w Houston

Wraz ze zmianami w kalendarzu, zmieniamy obyczaje, ubrania, plany. Mimo, że aura przeciwstawia się porom roku. 

Od lat, mimo że “starość nie radość” nie mam bólów głowy, nastrojów apatii czy senności wywołanych zmianami pogody. Inni mają i cierpią. To zjawisko meteopatii. Dotyczy nas wszystkich, choć niekoniecznie w jednakowym stopniu. I to nie jest wymysł hipochondryków. To poważny problem zdrowotny, który znika, gdy pogoda się ustabilizuje. Ale przed i w czasie “zawieruch” bardzo uprzykrza nam życie. 

Jestem osobą towarzyską i w spotkaniach i wyjazdach dobra pogoda mi pomaga. A kiedyś było jeszcze łatwiej. 

Kto wie, jak łatwo jest “wybiec” nawet na krótkie zakupy, gdy nie trzeba narzucać na siebie, kurtek, swetrów. I ciepłych butów.  I jechać autem po zaśnieżonej drodze. Albo – gorzej – pokrytej warstwą lodu. Ja wiem! 

Nigdy nie zapomniałam porannych trudności  w ubieraniu małych dzieci w rajstopy, spodnie, sweterki i na koniec kurtki, płaszcze i czapki. I jeszcze buty, które nie chciały gładko wchodzić na małe nóżki. A jak już udało mi się z tym wszystkim uporać (dwoje dzieci!) i zjechać windą z ósmego piętra do auta (przepraszam – “malucha”), to któreś dziecko wołało: “Mama, kupa”!  I z powrotem, na górę i od początku. 🙂  Och, jak bardzo wtedy czekałam na wiosnę!  Na słońce i ciepło.

Miałam 37 lat, gdy przyjechałam do Houston. Przyjechaliśmy i już zostaliśmy tutaj. Wiele osób ostrzegało nas, że lato jest trudne do zniesienia, że wilgotność, to coś, czego nie można komuś “opowiedzieć”. To trzeba poczuć samemu. Tak, to prawda! Długo nie mogłam zrozumieć, dlaczego otwierając drzwi i wychodząc na zewnątrz, nie odczuwam naturalnego “ochłodzenia”. Ciepła, które można polubić. A nie takiego, które przeszkadza, powoduje nadmierne pocenie się i nie przynosi żadnej ulgi. 

Pewnie wiele osób czytając te słowa, nie może pojąć, o czym piszę. Piszę o houstońskim lecie. Ale – to tylko cztery może pięć trudnych miesięcy. To czas, gdy fajnie jest wyjechać na wakacje, gdzie aura jest nieco chłodniejsza i nie ma wilgotności, nieznanej w innych częściach świata. Góry w Kolorado, wakacje w Stanie Północnej Karoliny czy Wirginii. Wycieczki do Stanu Washington czy Oregon, nawet do Kanady będą świetnym przerywnikiem i odskocznią od houstońskiego lata. 

I odwrotnie – jeśli chcemy mieć gości u nas – najlepiej wybrać czas od marca do maja i od października do stycznia a nawet lutego. 

Nigdy nie planowałam mieszkać w innym kraju. Zresztą w latach, gdy nam się to przydarzyło, nikt nie myślał o wyborze innego kraju jako miejsca do swojego życia. Oczywiście, trochę ludzi wyjechało z Polski świadomie i z planem na lepsze jutro. Wtedy tak to wyglądało… 

Dziś w Hiszpanii czy Portugalii Polaków tam mieszkających można spotkać wszędzie. I nie tylko na południu Europy. Można dokonać wyboru miejsca zamieszkania, jakie komu pasuje. To tylko kwestia odwagi, decyzji i pieniędzy. 

Kiedyś taka decyzja w oczach wielu Polaków uchodziła niemal za… zdradę. Dziś – po prostu świat jest otwarty, przestrzeń do życia jest wielka. Podobnie jak Polska stała się przystanią życiową dla emigrantów z wielu różnych krajów. Powinniśmy to dziś rozumieć jasno i bez negatywnych uczuć. 

Ludzie szukają dla siebie miejsca w różnych krajach – tych zimniejszych jak Norwegia, Dania, Irlandia, Wielka Brytania, Niemcy, ale najczęściej ciągną do słonecznych miejsc – do Włoch, Hiszpanii, Kostaryki, a nawet do Brazylii i Argentyny. 

Zdjęcie z temperaturą na termometrze na ścianie naszego patia zrobione 7 listopada 2025, o godz. 4.34 popołudniu. Siedzę na patio w pełni słońca – koniec października. I nowe kozaki na najbliższą zimę! 😆

Żyć można wszędzie. Zależy, co jest naszym priorytetem. I jak potrafimy wpisać się w inną “geografię” i tradycję. 

Wybierając kraje południowe, dodatkowo wiemy, że pogoda pomoże psychicznie i organizacyjnie. Ale na pewno nie jest to główny argument do zmiany miejsca. 

Zawsze myślę, że moje miejsce w Houston to nie był mój wybór. To wybór Boga i losu. Przypadku i układów w moim życiu w tamtym 1990 roku…  Ale skoro już tak się ułożyło, to Pan Bóg wybrał mi dobre ciepłe miejsce dla mojej drugiej połowy życia. 

Lubię duże miasta i jestem pośrodku 6 milionów ludzi i niesamowitego ludzkiego ruchu. Mam swoje ciepełko, które lubię. Nauczyłam się znosić bez specjalnych “poświęceń” upały lata. Mocna klimatyzacja wszędzie i w każdym miejscu, wiele prywatnych i publicznych basenów, morze Zatoki Meksykańskiej są bardzo pomocne w tym czasie.  

A jeszcze jak mam tutaj rodzinę i przyjaciół wokół – mam swoje ciepłe miejsce. 

Nawet w listopadzie! I w grudniu też…

**************************

Listopadowo, pogodnie i nostalgicznie. O jesieni, przemijaniu i nadziei na odrodzenie… W kolorach piękna przyrody i życia – dla wszystkich, z łezką i z uśmiechem…


POWRÓT

Cztery Ewy – czyli jak napisać do ciebie  list 

16 listopada 2025

EWA 1

Jak cię nazwać? Najlepiej najstarszym imieniem kobiecym. EWA!  Piękne imię. Kiedy byłam dzieckiem bardzo chciałam mieć tak na imię. Proste, krótkie. Wygodne. Nie trzeba skracać, udziwniać i zmiękczać. 

Miałaś inne imię. Też ładne. Długie blond włosy. Zawsze tak nietypowo uczesane. Warkocz umiejscowiony wysoko, niemal na czubku głowy. Albo wplecioną misternie wokół głowy koronę. Wiadomo, że sama tego nie mogłaś uczesać. Mówiłaś, że zawsze czesze cię Mama. Zresztą wszystko robiłaś z mamą. Mieszkałaś tylko z mamą. Dla mnie to było takie nieznane. Wtedy wszyscy mieli mamę i tatę. A ty tylko mamę. Spotkałam ją zaledwie kilka razy, ale była dla mnie jak dobra wróżka z bajki. 

Miałaś zawsze takie ładne kokardy we włosach. Niezwykłe wtedy – na przykład białe w granatowe kropki. Albo wielkie jak motyle w pięknych mocnych kolorach – czerwone, żółte. W szkole nikt takich nie miał, tylko ty. Miałaś chałat (czyli fartuszek szkolny) inny niż my wszyscy. Nie był lśniący (te nasze były z okropnego materiału!) tylko z granatowego „normalnego” materiału. Uszyty specjalnie dla Ciebie. Nie ze sklepu jak wszyscy inni w szkole. I miałaś takie ładne kołnierzyki że śnieżno-białej koronki. Nosiłaś zgrabne króciutkie spódniczki…

Spędzałyśmy w świetlicy dużo czasu razem, a raczej w stołówce, gdzie jadałyśmy obiady. Były okropne! Z wyjątkiem placków z jabłkami. 

Opowiadałaś zawsze o swojej mamie. Mama to, mama tamto… Umiałaś zrobić na korytarzu szkolnym gwiazdę i szpagat. Patrzyłam na to i nie mogłam uwierzyć, że tak można, że tak się da… Dużo później dowiedziałam się, że twoja mama była w młodości gimnastyczką, a wtedy już trenerką gimnastyki artystycznej. 

Byłaś młodsza ode mnie o rok. To rzadka sytuacja w szkole podstawowej, że przyjaźnią się dwie koleżanki z innych klas. Nigdy nie siedziałam z tobą w jednej ławce. Łączyły nas pogaduszki na przerwach i obiadowe spotkania. Nie pamiętam nawet czy byłaś kiedyś u mnie w domu.  Ale za to jeździłyśmy razem na wycieczki szkolne z kółkiem geograficznym. Może była to piąta a może szósta klasa.

Potem – przyszedł nowy rok szkolny, a ty nagle zniknęłaś. Nie wróciłaś do naszej szkoły. I nigdy nie dowiedziałam się dlaczego tak zniknęłaś. Gdzie wyjechałaś? Nigdy więcej nie zobaczyłam twoich pięknych kokard we włosach.

Myślałam, że po latach odnajdę cię w mediach społecznościowych, ale nigdy nie natrafiłam na twój ślad. Pozostało tylko mgliste dziecięce wspomnienie…

EWA 2

Co może być najważniejsze dla nastolatek? Życie wtedy jest tak barwne i intensywne! Ma wszystkie kolory i każdy z nich jest mocny, ostry. Ma w sobie bardzo głośny śmiech i zmienne nastroje. Każdy dzień jest oczekiwaniem na coś nowego.  

Najbardziej lubiłyśmy siedzieć na kanapie (to chyba nazywało się wtedy wersalką), podjadać herbatniki, jakieś cukierki, rzadko czekoladki. Czasem małe kanapki. I opowiadać opowiadać… Gadać o wszystkim, co w większości było marzeniami, wyobrażeniami. Mało było w tych pogaduchach naszego realnego życia. O, przepraszam! Realne były osoby. Głównie chłopcy, którzy nas wtedy interesowali. Na krótko. Ich zmienność była płynna, a mimo to intensywna. Pojawiał się w rozmowie taki ktoś i natychmiast obrastał w tysiące zdarzeń, które miały się nigdy nie zdarzyć. Opowieści, o tym co może się wydarzyć, co on by mógł powiedzieć albo… na pewno by powiedział… I co wtedy my byśmy mu odpowiedziały i dlaczego. I jaka byłaby jego reakcja..  Wszystko to wymyślone, snuło się z łatwością w naszych rozmowach – marzeniach i urealniało się w naszych głowach aż do bólu. 

I tylko po to, by za chwilę zmienić nastrój, znaleźć inny obiekt opowieści. Od chichotu aż do niemal rozpaczy, że on nie zareagował tak jak miało być… Choć mógłby na nas spojrzeć. Albo zagadać, pokazać nam, że on także się nami interesuje. Ot, trzpiotki – podlotki! 

A potem jeszcze były tematy o dojrzewaniu i problemach wchodzenia w „dorosłość” fizyczną. Wszytko to podniecało i mogło być tajemnicami nastolatków. Nie mówiłyśmy o tych sprawach wulgarnie. Nie używałyśmy sformułowań ironicznych, ośmieszających. Chciałyśmy być mądre, dobrze poinformowane, a to nie było wtedy proste.. Te rozmowy wywoływały pierwsze nieśmiałe motyle w brzuchu. To wtedy wystarczyło. 

Lubiłyśmy chwile, kiedy rodzice byli w pracy, a my już skończyłyśmy lekcje. Nikt nas nie kontrolował, nie podsłuchiwał. 

Trochę później, kiedy męsko-damskie układy zaczęły wchodzić w “fazę praktyczną”, nasze tajemnice zaczęły być „indywidualne”. Już nie zwierzałyśmy się sobie tak łatwo. Już uczucia zaczęły być zbyt głębokie, by o tym ot, tak – paplać. A przecież to wciąż były szczenięce marzenia. Wizje, które tak naprawdę do końca się nie wydarzyły. “Malowałyśmy” je słowami, by były takie jak w naszych pragnieniach.  

Czy byłyśmy „dziecinne”? Na pewno – nieśmiało szukające siebie w pierwszych miłosnych doświadczeniach… Świeże – w  marzeniach. Cóż – dorastałyśmy w czasach “ciszy” o problemach seksualnych. Temat tabu pomiędzy rodzicami i nastolatkami. No, chyba że miało się taką Mamę jak ja – ona lubiła pogadać o seksie i babskich problemach. Zazwyczaj działo się to przy desce do prasowania, gdy zawzięcie zmagała się z białymi i niebieskimi koszulami taty. Przecież musiały być wyprasowane „na blachę”! Rękawy nie mogły mieć kantów, kołnierzyki musiały być gładkie i bez zmarszczek. Długi to był proces i dobry podkład do rozmów z nami. Mama była wesoła, nie traktowała tych tematów z przesadną powagą. To dodawało nam odwagi, by zadawać pytania, a odpowiedzi na nie często były proste i… trochę śmieszne.

Lubiłyśmy nasze wypady po szkole na mrożoną kawę albo na duże kwadratowe kremówki. Czasem nawet udało się zjeść obydwa smakołyki razem. No i filmy w kinach studyjnych. Filmy, które nie były łatwo dostępne. Nie pokazywano ich w telewizji. W obcym języku, z napisami (czasami z czytającym po polsku lektorem). Nie było łatwo wychwycić sens, zrozumieć. Za to można było godzinami o nich dyskutować. Nigdy takich emocji nie doświadczyliśmy po obejrzeniu rodzimych filmów. Psychologia nie była mocną stroną polskich filmów. 

Wraz z dojrzewaniem musiały zmienić się nasze pragnienia. I musiały buzować w nas nastroje, które zmieniły “porozumienie dusz” pomiędzy nami. No cóż, obracałyśmy się w stosunkowo małym kręgu przyjaciół i znajomych. Siłą rzeczy pojawiły się takie emocje jak zazdrość, podziw, wzajemne ocenianie się. No i konkurencja. Sposób ubierania się, inne gusty, makijaż… Powoli rozumiałyśmy zmiany, które dla każdej z nas były istotne.   

Dziś gdy o tym pomyślę, uśmiecham się z pobłażaniem. Wtedy to było coś bardzo ważnego i nie było łatwo odpuścić i pogodzić się z “innością”. Indywidualnością. 

sefsf

Po tylu latach wspomnienia zacierają tę “inność”. Lata nastoletnich problemów wydają się dziś najpiękniejszym beztroskim czasem w życiu. Ale tak nie było.  Każdy dzień przynosił  nowe wydarzenia, nieznane emocje. I rozmowy, które bywały bardzo długie i wcale niełatwe. To był czas wulkanu. Może i nie mieliśmy pieniędzy, modnych ubrań, swobody i luzu w życiu, tak jak nasi rówieśnicy w krajach zachodnich. Nasze randki  z chłopcami były długimi spacerami w zimowe wieczory, przytulankami do muzyki “Skaldów”,  “Czerwonych Gitar” czy Czesława Niemena. Nic jednak nie różniło nas w emocjach i marzeniach. 

Minęła najświeższa pora młodości. Wchodziłyśmy w inny wymiar. Nie miałyśmy pojęcia, że przemijanie tak boli…

EWA 3.

Hierarchia. Kolejność i waga własnych decyzji. Jeszcze nie na poważnie, ale już dorośle. Jeszcze nie dorosła, ale już samodzielna. Szybko się pozmieniało w świecie babskiego porozumienia. Czy mogłaś mnie rozumieć, jeśli ja miałam już dzieci, a ty dopiero bardzo chciałaś je mieć? Jak miałyśmy o wszystkim rozmawiać, kiedy dla mnie pieluchy, kaszki i spacerki były ważniejsze niż wolny czas i ploteczki?                                                               

Czekałam na chwilę wytchnienia. Na kawę poranną z tobą. Albo na spacer z dziećmi po przedszkolu i ich zabawy w piaskownicy. I jeszcze praca zawodowa. Zwykłe kłopoty, konflikty albo radości w miejscu, gdzie spędzałam większość dnia. 

Świat wciąż kręcił się bardzo szybko. Chciałam być dobrą matką, ale lubiłam szalone spotkania przy wódeczce (Żołądkowa gorzka – to było to!).                           

Z przyjaciółkami – było inaczej niż w rodzinie. Chciało się żyć wesoło, bo młodość wciąż była silniejsza niż codzienne obowiązki. Ale kiedy obudziło się dziecko w nocy, wyskakiwałam jak oparzona z łóżka i pędziłam do dziecinnego pokoju. 

Pamiętasz, opowiadałam ci o tym. Ty mnie też. Swoje wątpliwości, nasze wciąż nieustające niezrealizowane marzenia.  Biegłyśmy do sklepu “Moda Polska”, by kupić sobie coś nowego. Ciuchy wtedy były dla nas tak samo ważne, jak spokojny sen naszych dzieci. Wszystko splatało się w jedną ścieżkę życiową.  

Może to dziś brzmi niepoważnie. Dzisiaj wszystko wspominam jakby to nie był mój czas. Jakbym oglądała film o sobie, o nas. I jakbym nie potrafiła siebie w nim rozpoznać. 

Jaka byłam wtedy? Nie, lepiej tego dziś nie oceniać. Ale jedno nie zmieniało się. Zawsze potrzebowałam przyjaciółki. Ewa – każda Ewa była ważna. Miałam miłość, było macierzyństwo. Praca trwała i mimo zakrętów – bardzo ją lubiłam. 

Kobiecych przyjaźni potrzebowałam jak powietrza. Powietrze było inne niż w szkolnej młodości. Ale bez powietrza żyć się nie da. Można się rozstać, bo życie potrafi wrzucić w zawieruchę i zmienić naszą orbitę. Ale mimo to, coś co zawiązało się po kobiecemu, nie odeszło po latach w nicość. 

Ewa – imię kobiecej niepowtarzalnej przyjaźni istnieje w moim sercu. 

Zmienia swoje twarze, ale nigdy pamięć. 

podpis

EWA 4. 

Ewo! Starsza pani. Ewo, z pomalowanymi włosami, żeby zatuszować siwiznę. Ewo – kobieto poruszająca się już wolniej i niepewnie. Uśmiechasz się i smucisz. Płaczesz i cieszysz się, że żyjesz każdego nowego dnia. Odeszły dawne szaleńcze pomysły i marzenia. Dostałyśmy od życia wiele. Jesteśmy spokojne. Życzymy sobie zdrowia – dla siebie i najbliższych. O czym rozmawiamy? Ach, o strzykaniu w kolanach i o zachwianiach, gdy schodzimy ze schodów. O tym, że jest dobrze, bo trzymamy się poręczy, ale wciąż schodzimy ze schodów samodzielnie. 

Jest dobrze, bo możemy wciąż się spotkać i pograć w brydża.  Mamy siłę i chęć na żarty o sobie i innych. Nadal lubimy plotkować, tak by nikomu tym nie zrobić krzywdy. Śmiejemy się z samych siebie i ze swoich nieudolności. Opowiadamy historie o zostawieniu ciepłego  piecyka w kuchni, a przecież powinien być wyłączony. I o szukaniu niemal bez przerwy okularów, bo miałam je na nosie przed chwilą.. A potem okazuje się, że są w łazience lub garażu. Że ciągle gubimy klucze, że książka nie jest na swoim miejscu, a przecież tam ją zostawiłam. Że ciśnienie dziś za wysokie i że znów zapomniałam wziąć porannej porcji leków…

No i o tym, że muszę znowu zrobić porządek w papierach, bo całe mnóstwo w nich niepotrzebnych śmieci.. Mój mąż nie chce niczego ruszać – ja chcę ciągle porządkować, bo taki już czas. 

Mówię ci o tym wszystkim bez nerwów czy złości. Opowiadam, bo wiem, że masz te same przemyślenia. Choćbyśmy były zupełnie różne – wokół nas kręcą się te same myśli i te same problemy. 

Dzielą nas przeżyte doświadczenia. Inne życia rodzinne. Nawet inne codzienne potrzeby. A jednak kobiece spotkania i rozmowy cenię tak samo jak kiedyś.  

Podobno człowiek starzejąc się, staje się poważniejszy, traci dawne poczucie humoru. Nie chwyta w lot ironii, nie wyłapuje śmieszności sytuacji. Pewnie to prawda. Ale jeśli nas – “starsze panie” los traktuje podobnie, to nadal się świetnie rozumiemy.  

Pamiętam, że kiedyś w naszych pogaduszkach użyłam słowa “babskie”, a któraś z moich koleżanek obruszyła się i skwitowała to określenie jako “takie nieładne”.. 

A ja wciąż myślę, że jest “kobiece” i ciepłe. I tylko nasze. Mamy kochających mężów i partnerów, wspaniałe dzieci i wnuki. A babskie wspólne potrzeby bycia ze sobą są tylko nasze! Tu zadedykuję piosenkę dla każdej z nas . I trochę dla panów, bo oni też czasem są świetnymi „przyjaciółkami” 😂 💖

Żarty o “SKS” i dopadających nas  tylko babskich konsekwencjach mogą być śmieszne, gdy jesteśmy w swoim gronie. To grono nam się kurczy, bo zebrać się razem coraz trudniej, ale jeśli choć jedna Ewa umówi się i dojedzie na winko czy mały lunch – jest wciąż dobrze. 

Mogę do ciebie pisać listy, posyłać serduszka, emojki, by zainspirować nową myśl jakimś wspólnym wspomnieniem. 

Moje Ewy– Drogie Ewy! Było was wiele w moim życiu. Czas zmienia realia, ale zawsze pozostawia to, co było dobre i wartościowe. 

Może już nigdy więcej się nie zobaczymy. Ale z pamięci mojej nic i nikt was nie wykreśli. No, chyba że ten wredny “PAN ALZHEIMER”…

*********************************

Chociaż piosenka jest zatytułowana „List do M” (wykonanie Ginzie), to przecież może być i do Ewy i do wszystkich przyjaciółek świata. No i jeszcze – uniwersalny motyw Świąt Bożego Narodzenia.. Tego się nie da pominąć..


BACK

Więdnie liść, marzenia i ja…

Zdjęcie jesienne ze zbiorów mojej przyjaciółki

1 listopada 2025 (rozważania w listopadowy wieczór Święta Zmarłych)

Nadchodzi jesień. Nic nadzwyczajnego. Każdego roku nadchodzi – i odchodzi… W tym roku – jakoś inaczej.

Jesień w Houston

Jeszcze mocno świeci słońce, jeszcze jest zielono a już kolory robią sobie miejsce na drzewach. Powinnam się cieszyć. A ja widzę tylko te kwiatki, które już przekwitły. Obserwuję łodygi brązowe, które proszą “wyrwij mnie, nie chcę tak wyglądać, przekwitam, swoje zadanie już spełniłam”. Teraz moja rola – oczyścić doniczki, oczyścić cały ogródek. Powyrywać chwasty i wszystko inne, co już nie odżyje. Nawet donice są brudne od ziemi, która oprószyła je, gdy któregoś dnia padał mocny deszcz.  Mój ogród potrzebuje moich rąk. Jest już gotowy na jesienne zmiany.  

A ja… Patrzę na to, co posadziłam ostatniej wiosny, co urosło, zakwitło, cieszyło oko przez długie lato. Przyroda nie odpuści. Pilnuje mnie bardziej niż wszystkie kalendarze. 

Przyroda potrafi się cieszyć. Mimo, że kalendarz wyraźnie pokazuje, że już czas na opadanie liści, na przekwitanie letnich kwiatów, to u nas w Houston jeszcze czuć ostatni powiew lata. Jeszcze zieleń wokół, choć już nie tak świeża. Jeszcze niektóre kwiaty zapierają się i nadal kwitną. Pewnie lubią jesienne słońce i bez-upalne lato, tak jak ja. 

Wiem, że to jeszcze kilka tygodni, a potem ogródek podda się siłom wyższym i zacznie więdnąć na potęgę. Cienkie gałązki kwiatów zmarnieją. Ich czas minie na kilka miesięcy albo na zawsze. Niektóre z nich, z kolejną wiosną odrodzą się samoistnie, inne już nigdy nie powrócą. Trzeba będzie włożyć do doniczek nowe, może takie same, a może zupełnie inne. 

Mój ogródek – zwiędnięte gałązki, brązowe, listki – czują że niedługo ich czas żywota się skończy 😃

Nigdy nie pamiętam, co było poprzednio w doniczkach, nie pamiętam nazw kwiatów, roślin zielonych. Jestem kiepską ogrodniczką, a mimo to staram się, żeby w moim ogrodzie było kolorowo. Wszystko robię na “czuja”, tak jak mi „się wydaje”.. 

W tym roku mam nieodparte poczucie, że nie nadążam. Więdnę razem z moim ogródkiem. I z moimi planami i marzeniami. Nie wiem jak to jest u kwiatków i roślinek. Pewnie czują po swojemu i tak, jak im natura pozwala. 

Człowiek ma swoje własne odczucia “więdnięcia”. Może to słowo niezupełnie oddaje sens tego, o czym teraz rozmyślam.. 

Chodzę  po domu i odczuwam różnego rodzaju bóle, które krążą po moim ciele. Są nieznośne! Boli bardzo, rwie, ciśnie, nie pozwala się skupić na niczym innym. Te bóle są “do wytrzymania”, ale psują każdą minutę normalnego ludzkiego życia. Czasem nie pozwalają mi stanąć prosto. Poprawiam się szybko, ale NIE mogę się wyprostować do końca…

I wtedy myślę, że jestem jak ta jesienna roślinka, która pochyla się ku ziemi.. Więdnę.  Ale zaraz buntuję się – nie chcę tak.!! Mam rozum, którego nie ma więdnący kwiatek. 

Jakieś maści, smarowidła, olejki, tabletki. Czasem mała a czasem większa dawka. Mija czas i wyprostowuję się. Uśmiecham się sama do siebie. Jeszcze raz udało się. Idę do kuchni, gotuję obiad. Najprostszy i zajmujący jak najmniej czasu. 

W pewnej chwili łapię się na tym, że opieram się o blat kuchenny. Mimowolnie stoję krzywo z “podpórką”. Jak złamany kwiat. Jestem niejako uwięziona w świecie domowym, we własnych rozmyślaniach. Skąd one się biorą w takiej ilości? Dlaczego łączą się w jeden ciąg, tak bez sensu, bez przyczyny? Mieszają się w czasie, zmieniają miejsca i twarze osób. Najgorzej jest w nocy, gdy nie mogę zasnąć, wtedy wszystko i wszyscy wciskają  się do mojego spokojnego, wygodnego łóżka.  

Gdybym mogła normalnie chodzić, zaplanowałabym na każdy dzień jakieś wyjście, a najlepiej wyjazd. Wiadomo – w Houston auto zastępuje parę butów i wszędzie trzeba podjechać.      

Dzień, w którym jestem w domu i nigdzie nie wychodzę, zdarza się teraz dużo częściej niż kiedyś. Nie jest to mój wybór. Gdybym mogła mieć wpływ na „dzianie się”… A jeśli już pojawi się okazja do wyjścia z domu do przyjaciół, do dzieci, ba nawet do lekarza, wtedy budzi się we mnie niemal euforia. Moja adrenalina natychmiast się podnosi. Czuję się znacznie lepiej 😄.

Zaraz mam lepsze samopoczucie psychiczne! Jeszcze tylko uporać się z niedogodnościami fizycznymi. Prysznic, układanie włosów, makijaż. Wszystko zabiera czas, ale ja cieszę się, że właśnie tak mogę ten czas zagospodarować. Potem odwieczne: co mam na siebie włożyć?? Przymiarka – dobranie kolorów – wygodnie czy nie – jakie buty, bo to bardzo ważny element. Lubię to! 

Jeszcze nie zwiędłam do końca! Właśnie uratowałam się na jakiś czas… 

Zauważyłam, że na stare lata robimy się coraz mniej cierpliwi. Te wszystkie opowieści o “dobrych staruszkach”, które cierpliwie wysłuchują nieznośnych sąsiadów, podają kakao z pianką i mają zawsze  pozytywne opowiastki adekwatne do problemu – są chyba tylko w bajkach. W codziennym życiu denerwujemy się na wszystko, co nam podpadnie: od terminów wizyt lekarskich, korków na autostradach, złośliwości rzeczy martwych, które TUTAJ powinny być, a ich NIE ma – do złej pogody, czasu, który płynie za szybko lub przeciwnie – za wolno. 

Mam koleżankę, która bardzo denerwuje się, gdy nie idzie jej karta w brydżu i kilka razy pod rząd przegrywa. A przecież to zwykły przypadek, pech, układ kart…  Inna, złości się… gdy zaproszeni goście się spóźniają, chociaż minęło dopiero dziesięć minut. Znam kogoś, kto denerwuje się, bo układając skarpetki swoim własnym sposobem, zobaczył dwie pary, które “wyrwały się “ z szeregu i zepsuły całą kompozycję. I wreszcie znam siebie i wiem, że czasem złości mnie głupota, błahostka… Taka, której nawet nie powinnam zauważyć… 🙂 😉

Łagodność i cierpliwość nie jest przywilejem ludzi starszych. Często do tego dodaje się “niewyparzony język”. Czyli ”mogę mówić co chcę”. I rzucamy, wydaje nam się szczerze, (może nawet i tak…), ale nieprzyjemnie dla drugiej osoby. Nie pomyślimy, że można to ująć inaczej, by kogoś nie zabolało. Szczególnie często zdarza się to w relacjach werbalnych między matką a dorosłymi dziećmi. I to w obie strony. 

Czas się kurczy. Czas mija szybciej niż kiedyś. Ucieka nam. 

Jeśli moje/twoje myśli zatrzymują się na takich przemyśleniach jak: (w sklepie) “To jest bardzo ładne i podoba mi się, ale nie, nie będę tego kupować, bo kto to po mnie posprząta…” Albo – “ wyrzucam powoli wszystko, bo nikt po mnie nie da sobie z tym rady”. Albo “ Nie kupię nowego ciucha, bo może nie zdążę go założyć itd… To znaczy, że więdniemy – i to na własną prośbę!

Walczę, nie więdnę – cieszę się chwilą! Tradycyjnie, halloweenowo i jesiennie.

Jeżeli zauważasz nowy sweter na wystawie i podoba się, albo wciąż masz coś, co chcesz wyrzucić, ale jeszcze, przyda ci się”… to znaczy, że wciąż żyjesz. Mimo lat – jeszcze nie więdniesz. 

Duszę w sobie marzenia z przeszłości, których nie udało się zrealizować. Może plany uciekły i nie można już ich dogonić. Wszystko, co mogło zdarzyć się w przeszłości wydaje się bardzo odległe.

Patrzę, co dzieje się za oknem i widzę brązowiejące liście, trochę połamanych gałęzi, kwiaty przygotowujące się do swego “nieistnienia”. Czuję się jakby minęły lata, dekady, a to tylko jedna – dwie pory roku. Dla przyrody krótka zmiana wiosny w lato, lata w jesień czy zimę. Dla człowieka – to kawałek jego „wieczności”. Wieczności, która dla nas się nie powtórzy…

Szuflady pełne pamięci życia

Trzeba sobie wytworzyć ścianę ochronną, by nie zwariować z “beznadziejności” świata, który na pewno nie zatrzyma się specjalnie dla nas. Ludzie w większości i z zasady są optymistami. Patrzą w przyszłość i ciągle marzą, czegoś chcą, planują. Ja też należę do takich, bo lepiej tak żyć, niż rozmyślać nad “NIEZNANYM”, do którego jest nam coraz bliżej.

Bycie Człowiekiem jest skomplikowane. Od wczesnego dzieciństwa ktoś czegoś od nas wymaga. Z latami te wymagania rosną, rozsiewają się na następne, trudniejsze. Mało tego – i my zaczynamy wymagać czegoś od innych. W różnych chwilach i w różnych sprawach. A jednak trzymamy się kurczowo swojego miejsca, by jutro znów się tam odnaleźć.

Więdniemy, zachowujemy się… dziwnie, nie po naszemu. Czasem zdajemy sobie z tego sprawę, ale przychodzi taki czas, że o tym już nie bardzo „kumamy.” 

Budzę się rano i rozmyślam, czy mam na dzisiaj plany? Wizyta u lekarza, czy pranie? Nowa dekoracja czy plotki z przyjaciółką? A może nasze babskie spotkanie przy winku… Coraz więcej pustych dni w kalendarzu. Mogę robić co chcę, nie ma obowiązków, zwariowanego tempa, gonitwy myśli, że “MUSZĘ”.

Kiedyś marzyłam o takich dniach. Właściwie nie zdarzały się, a jeśli już, to zawsze było tyle zaległości, że dzień z pozoru wolny zapełniał się minuta po minucie.

W moich zbiorach tyle pięknych chwil z przeszłości ..

Dziś jestem pogodzona i zadowolona. Przecież wiem, że “życia nie oszukam” (jak mówi jeden z bohaterów śmiesznego, bardzo życiowego serialu). Więdną liście na drzewach, więdnie najpiękniejszy kwiat w ogrodzie.

Na mnie też przyjdzie czas.  Nie mam wątpliwości, że tak musi być. 

Mam tu swoją “zieloną dziuplę“, gdzie mogę żyć inaczej niż w realnym świecie. Piszę – dla siebie i może dla kogoś jeszcze. Marudzę, fantazjuję, cieszę się i wpadam w dołki smutku. Tutaj mogę. Jestem przecież wytworem natury – jej najbardziej skomplikowaną wersją. Mam prawo do kochania i do narzekania. Mogę mieć nadzieję i mogę się bać jutra. 

Kilka kartek wyjątkowych! tego nie da się wyrzucić!!!

Zaczęłam już zaglądać do szuflad, przeglądać kartki, dawne listy, zdjęcia. Nie, nie porządkuję, nie wyrzucam. Przeglądam. Dla siebie. Ale – nie da się ukryć, powodem jest poczucie starzenia się. Bo może jest tam w tych szufladach, pudłach coś, czego nie warto pozostawiać dla innych? Albo jeszcze gorzej – gdy zdarzy się, że “inni” nie będą niczego przeglądać, tylko wszystko wrzucą do czarnego worka i wystawią przed domem w dniu zabierania śmieci. To duże prawdopodobieństwo i wcale się temu nie dziwię. Każdy ma swój czas i prawo do tego, by wykorzystać go jak chce. Niekoniecznie na sprawdzanie cudzych papierów, fotografii czy listów. 

Jestem zmęczona, chwilami wydaje mi się, że to nieustające zmęczenie…

Mój mąż jest Mistrzem w poszukiwaniu pięknych i „znaczących” kartek. Moja kolekcja jest niesamowita – jest „Pamiętnikiem” naszych dni

A potem nagła chwila jak błyskawica! – Chce mi się jeszcze dużo zrobić. Jeszcze nie zwiędłam, jeszcze to nie moja jesień… Jeszcze kilka marzeń może się ziścić. Dam radę.  Nadzieja umiera ostatnia. I niech tak będzie. I niech tak trwa…

***************************************

Jesiennie, listopadowo, wspomieniowo, sentymantalnie – o jesiennych liściach i ludzkiej duszy- śpiewa… Krystyna Janda. Tak, Krystyna Janda potrafi wszystko! Także zaśpiewać o jesieni życia…


POWRÓT

Czy każdy początek musi mieć swój koniec? 

16 października, 2025  

Ot, banalny slogan. Początek i koniec, dwa słowa jak bliźniacze nierozłączki. Choć tak naprawdę są zupełnie przeciwstawne. Rozdzielające rozumienie tych słów na dwa odległe dalekie bieguny.

Jakby nie spojrzeć, jakiekolwiek jest moje pierwsze skojarzenie – te pojęcia łączą się i natychmiast odpychają.  

Myślę o życiu i śmierci, o początku istnienia świata i jego końcu (?). O wczoraj i dzisiaj. O rozpoczęciu  projektu i zakończeniu. O oczekiwaniu i spełnieniu. O mnie i o tobie. O czasie i o trwaniu. Gdziekolwiek i kiedykolwiek. I w dowolnej dziedzinie. Musi być początek. Ale czy na pewno jest też koniec? I co jest, co może być – pomiędzy…

A wszystkie te moje myśli wzięły się z… bólu. 

Tak – fizycznego bólu, który gnębi mnie przez ostatnie miesiące i tygodnie. Nie będzie to studium rozwoju bólu. Bo to już bardzo intymna sfera. Przecież mój ból jest tylko mój. Twój – choć taki sam – może być zupełnie inny. 

Nieprzypadkowo w sferze medycznej przed postawieniem pacjentowi trafnej diagnozy bardzo ważny jest wywiad. Wsłuchanie się w opis wrażeń i odczuć pacjenta – jego bólu, emocji, wyobrażeń, słów, które użyje, by je określić. 

Współczesna medycyna ma dziś tak wiele możliwości, iż pozornie wydaje się, że maszyny, testy, elektronika zastępują słowa pacjenta o jego odczuciach. 

wywiad, rozmowa z pacjentem – to istotna część właściwej diagnozy ( z sieci)

Pomogą! – ale nie zastąpią. Bo oprócz suchych faktów, numerów i niesamowicie precyzyjnych pomiarów istnieje od zawsze indywidualne odbieranie bólu. 

Dobry lekarz wie, że dopiero wszystko razem – technologia i wywiad indywidualny może stać się podstawą do właściwej diagnozy. 

Diagnoza jest początkiem. Nie choroby, a procesu leczenia. Leczenie jest początkiem szansy na koniec choroby. Wszystko to co będzie pomiędzy, będzie inne dla każdego pacjenta. 

To tylko jeden z przykładów, by uświadomić sobie, że to, co jest początkiem dla mnie, nie musi być tym samym w odczuciu kogoś innego. 

Każdy z nas ma swoją datę przyjścia na świat. Ma swój początek. I niezaprzeczalny fakt, że kiedyś nastąpi koniec. Koniec naszego istnienia. Tylko, że ten koniec przez każdego z nas może być zupełnie inaczej pojmowany. 

Różne wyobrażenia końca naszego świata. Są i zawsze będą..

Ludzie uważają, że życie nie kończy się tu, na Ziemi. Trwa dalej… I tu można snuć obrazy istnienia form życia w tysiącach wersji. Na niebiańskich łąkach lub w piekielnych mękach. W naszym kolejnym, innym wcieleniu. Jako dusza błąkająca się po nieznanych boskich drogach. Albo jako nicość. NIC – bo to też istnieje w ludzkiej wyobraźni.  

Wierzysz w Boga? Jakiego? Twój Bóg jest pewnie inny niż mój, bo nasze wyobrażenia nie są identyczne. Potrzeby, które nosimy w sobie, kreują to, co chcemy widzieć. I wierzyć w to. Bóg jest jeden w wielu postaciach. I nie ma na to dowodu, że może być inaczej. 

Nie wierzysz w Boga? Rozumiem. Ale wyobraźnia nadal podsuwa ci obrazy końca. I tego, co pomiędzy początkiem i końcem. Nie unikniesz tego. Bo mamy rozum, bo myślimy pragniemy i czujemy. Nie ma pustki w odczuwaniu. Nawet wtedy, jeśli dopada nas depresja, rezygnacja, rozpacz, ból nie do wytrzymania. Wszystko ma swój koniec. To, co w życiu najlepsze i to co zdarzy się najgorsze. 

Ból psychiczny tworzy w nas powłoki pamięci, która z czasem się oddali. Często jednak istnieje tak głęboko, że nawet, gdy już wydaje się, że zapomnieliśmy, w jednej sekundzie znów może się odrodzić. Można z tym żyć, można przebaczyć, można się przyzwyczaić, bo ludzka natura jest fenomenalna i zdolna do rzeczy i działań, o które nawet siebie nie podejrzewamy.  

Ból fizyczny wydaje się prostszy. Nawet ten piekielny, gdy wyjemy jak zwierzę. Gdy wydaje się, że już go nie przetrzymamy. Gdy tracimy przytomność i nie potrafimy go udźwignąć…  Kiedy nadejdzie moment końca bólu – powoli zapomnimy jak trwał w nas. Ból rodzenia dziecka, ból doznany w nagłym wypadku, ból utraty ręki czy nogi… kiedyś odejdzie. “Fizycznie” go zapomnimy. 

Nieodzowną częścią naszego życia są choroby. Szczęśliwi ci, co doświadczają ich mniej niż inni. Albo mniej boleści. Lub zostali wyposażeni przez naturę w większą odporność na ból, niż inni ludzie.  

Mamy skłonność do porównań, a szczególnie z wiekiem pojawiają się w nas coraz to nowe obrazy cierpień i chęć opowiedzenia o nich innym. Ile to żartów krąży o starczych opowieściach własnych dolegliwości. Na szczęście większość z nas podchodzi do tego z dystansem. Wciąż jeszcze potrafimy się z siebie śmiać i wtedy te dolegliwości nie wydają się takie dramatyczne. 

Moja „prywatna apteka” i tylko jeden ból…

 Do czasu… Zawsze uważałam, że jestem osobą odporną na ból, że potrafię sobie wiele rzeczy logicznie wytłumaczyć, że wiem, iż ból fizyczny musi się skończyć. Pomogą lekarstwa, pomoże lekarz, pomoże czas… Mądre podejście. Rozsądne i prawdziwe.

Ale gdy nadszedł moment, że ból stał się nie do zniesienia, noc nie przynosi najmniejszej ulgi – przeciwnie – człowiek nie kontroluje swego bólu, bo głowa nie chce słuchać żadnej logicznej rady. Rzucamy się po łóżku, tarzamy się po podłodze, jęczymy, krzyczymy, bo tak bardzo boli… I wtedy okazuje się, że odporność na ból, to raczej jakaś legendarna gadka. To opowieść tych, którzy kiedyś na swój własny ból doznali “końca” tego odczucia. I zapomnieli. Ból się skończył. Co było “pomiędzy” – minęło. 

Doktor najczęściej pyta – jak oceniasz swój ból w skali od 0 do 10? Mówię 8. Ty mówisz 10. Jeszcze ktoś inny 4… I każdy ma rację. Ma swój ból. Nikt nie jest taki sam. 

Ból fizyczny ma swoje fazy. Ma swoje lepsze i gorsze chwile. Jest różny. Nie bez przyczyny wymyślono dziesiątki określeń i nazw bólu: ostry, tępy, piekący, pulsujący, korzeniowy, rdzeniowy, przewlekły. Ach, końca nie widać!                            A w angielskim języku jest tych określeń jeszcze więcej. I w dodatku odpowiadając na pytanie lekarza, każdy z nas może użyć nieco innych określeń. I będzie miał swoją rację.

Ten największy ból…nie da się nawet opisać

Ból jest sygnałem ostrzegawczym, że coś złego dzieje się w naszym organizmie. Spełnia więc poniekąd pozytywną rolę. Gdy jednak zaczyna być przyczyną naszego “szaleństwa”, gdy już nie potrafimy logicznie myśleć, działać, ból przestaje być naszym “sprzymierzeńcem”. Łączy się z nim tyle dodatkowych ubocznych skutków, że popadamy w apatię, depresję, brak kontaktu ze światem i ludźmi wokół. Nie jesteśmy sobą, nie kontrolujemy co się z nami dzieje…

Czy wtedy myślimy o tym, że ten ból – jak wszystko – będzie mieć swój koniec? 

A przecież koniec zawsze gdzieś istnieje. Bo gdzieś istnieje moment, gdy  zaczyna się nowy początek. By zacząć coś, musi nastąpić koniec. Taka dziejowa sinusoida. 

Niestety…! Liczy się tylko ten moment, TEN BÓL! Dlatego tak bardzo ból nas wyczerpuje nie tylko fizycznie, ale i psychicznie. Potrafi sprawić, że nie możemy myśleć, że nasze ruchy są niekontrolowane, a człowiek staje się “opętanym zwierzątkiem”. Zanim nastąpi moment, że ból zostanie złagodzony, że powoli od nas odejdzie, że “odpuści” – końca NIE widzimy… 

W każdym temacie, w każdej istocie. Bieg życia i śmierci. Początek choroby i jej wyleczenie. Ból, który się skończył. Zanim zacznie się kolejny. 

Istnienie świata się nie zatrzymuje. Toczy się w każdej nowej minucie. Wydaje się jednolitą ciągłością. Ale tak naprawdę składa się z miliona małych początków i końców.  

W mojej wyobraźni nie ma i nie będzie końca świata. Nie wierzę, że świat kiedyś runie. Choć mogę nie mieć racji.  Nie mogę przecież tego wiedzieć. 

Upadło Imperium Cesarstwa Rzymskiego, zaczynały się i kończyły najtragiczniejsze wojny, zmienia się technologia, myśli ludzkie, wynalazki, o jakich nie śniło się nikomu. Mija nienawiść i najpiękniejsza głęboka miłość. 

Nic nie jest stałe. Nic nie jest nam dane na zawsze. Wszystko, co się gdzieś zaczyna, kiedyś będzie mieć swój koniec. Może i kiedyś rozsypie się nasza planeta Ziemia… Ja wierzę w moc życia na Ziemi. W nieustanne zmiany bez końca świata…

Ból minie. Chociaż gdy mnie dopada, trudno mi w to uwierzyć. Ja przeminę. Ale życie będzie trwać dalej.

Ból ma tyle twarzy, ile jest ludzi na świecie. Ból jest mój i twój. Próbujemy zrozumieć kogoś ból, ale tak naprawdę to odczucie jest głęboko indywidualne.

***********************************************

Posłuchajmy jak śpiewa o bólu DonMajkel, muzyk młodego pokolenia. Ale lista jego utworów jest już całkiem długa.


POWRÓT

Zamyślenia

1 października, 2025

Środa

Melancholia. Dopada wszystkich. Kiedyś i przy różnych okazjach. Mnie dociska dość często, choć nie należę do osób smutnych. Bo moja melancholia to nie smutek, chociaż ludzie często mylą te dwa pojęcia. 

We mnie melancholia jest „ładnym” uczuciem. Ciepłym, choć na pewno nie mogę nazwać go szczęśliwym.

Melancholia” – oczami malarzy (from Goldie Art Gallery and The Art Institute of Chicago)

Melancholia to jesień. Kolory przydymione, nieostre. Zachodzące mgłą. Słońce, które już nie męczy, ale wciąż daje nam ciepło. Melancholia to łza, która nie boli, ale oczyszcza. To powiew wspomnienia. Nawet jeśli było kiedyś bolesne, to dziś już nie.  

W przypadku odczuwania mojego świata – melancholia to “przepracowane” uczucie. Może niespełnione, a może spełnione nie tak, jak bym chciała. Ale warte pamiętania. Warte zrobienia dla niego miejsca w moim sercu. 

                                      @@@@@@@@@@

Czwartek

Miałam sen. Musiał “dziać się” tuż przed późno-porannym obudzeniem, bo pamiętam go bardzo dokładnie. Sen, który powinien być miły, radosny. To była wigilia, a ja oczekiwałam wielu gości, a miałam mało czasu na zorganizowanie wieczornej kolacji. Biegałam po całym domu (czyim, jakim?.. nie wiem) i szukałam mnóstwa potrzebnych rzeczy – krzeseł (nie było ich nigdzie!), obrusów (były w płaskiej szufladzie, a jak już miałam je wydobyć, to szuflada się rozsypała i nie mogłam poradzić sobie z jej naprawą), szłam do góry po schodach, ale nie mogłam dojść na piętro… Prosiłam kogoś… (znajomego, zaprzyjaźnionego) żeby pojechał do sklepu po zakupy, ale ten ktoś odmówił… Zobaczyłam obok mnie znajomego i zwróciłam się do niego po imieniu, ale ten ktoś upierał się, że ma inaczej na imię. Choć go rozpoznałam i wiem na pewno, że to był Donek… jedyny Donek, jakiego w życiu znałam.  

(wizje senne – w sieci)

Obudziłam się i nie mogłam złapać oddechu. Byłam przerażona, a kiedy opowiedziałam mojemu mężowi mój dziwny sen, on podsumował: “no to dobry sen, czemu się denerwujesz?…” Nie wiem. Nie wiem dlaczego tak zdruzgotał mnie “dobry sen – wigilijny.” 

Nie doszukuję się znaczenia symboliki snów, nie zamierzam pamiętać tego uczucia, napięcia i bezradności.  A mimo to, czuję wciąż trzepotanie serca. Myśli krążą wokół. „Życia nie oszukasz”. To nie był szczęśliwy sen..

Sny nie muszą straszyć duchami, okropnościami obrazów, żeby wywołać w nas dygoczący niepokój. 

@@@@@@@@@@

Czwartek, wieczorem  

Gdy przestajemy pracować zawodowo i życie zmienia się na emeryckie, otwiera się nowy świat. U jednych pojawia się euforia, czują się wolni i z radością snują plany co teraz będą robić i jak zagospodarować swój czas. Inni – wpadają w otchłań rozpaczy i bezsensu – co robić z tym wolnym czasem, jak sobie poradzić ze swoją zawodową “bezużytecznością”. 

W moim przypadku cały ten okres tuż po odejściu z pracy przeszłam niemal bezboleśnie. O, nie! Nie chwalę się, że jestem taka silna i mądra i wiem od początku co i jak robić. Daleko mi do takiego ideału 😃. 

Dlaczego tak mi „się ułożyło”? Może dlatego, że mentalnie „po swojemu” umiałam się na to przygotować. Może dlatego, że nigdy po skończeniu pracy nie odczułam pustki. Były wnuki, którymi wciąż czasem trzeba było się zająć. Byłam w kręgu przyjaciółek i życia towarzyskiego, które nadal (choć może już nieco inaczej) trwa. Znalazłam sobie BLOG, a raczej wymyśliła go moja przyjaciółka, a ja dałam się (łatwo) namówić. Miałam wciąż dużo energii, zdrowia na wyjazdy, wycieczki, spotkania. Wydarzenia rodzinne kłębiły się często i intensywnie. No i wciąż do tej pory coś tam z “pracowych spraw” kręci się wokół mnie…

Dziś już zwolniło się tempo życia małżeńskiego (bo i mąż jest emerytem), ale w zamian późne powolne śniadanka, spokojna kawa mają także swoje zalety. Można oglądać filmy do północy i nie mieć żadnego wyrzutu sumienia, że wstanę po 9-tej rano. A może nawet o 10-tej. Też będzie dobrze. Bo – już mam plan na nowy dzień! Trzeba włożyć nową farbę na włosy (jaki odcień tym razem, żeby nie było tak samo jak poprzednio?), trzeba przejrzeć sukienki letnie, może coś, czego dawno nie nosiłam albo już mi się nie podobało, wróci do łask?… Może nowy makijaż, a może po prostu leniwy dzień – jakieś zaległości e-mailowe, książkowe, fotograficzne. LUZ

@@@@@@@@@@

Piątek

Niektóre pomysły nawet w starych głowach są zwariowane! Sama nie wiem, skąd się nagle pojawiają. 

Kiedyś lubiłam rysować, malować. Ale tak normalnie, bez sukcesów i nadmiernego talentu. Dla siebie. Bez specjalnych przyczyn, pojawiały się takie napady… Czasem lubię “artystyczne wyzwania”. Coś udekorować, coś powiesić na ścianie, ustawić fajną kompozycję, coś zmienić w domu. Może dla innych ludzi to niezauważalne, ale mnie sprawia przyjemność. Lubię zmiany. Nie lubię stagnacji.

I nie lubię naszych houstońskich płotów. Są byle jakie, drewniane, z upływem czasu (dość szybko) i pod wpływem wilgotnej pogody robią się szare, brzydkie. Tylko drogie osiedla, gdzie domy stoją na wielkich działkach, mają płoty żelazne albo z jeszcze innych materiałów, które są ozdobą, a nie tylko służą do odgrodzenia się od bliskiego sąsiada. 

Któregoś dnia mój mąż powiedział: “namaluj krowę”. Jeśli ktoś czyta choć trochę mój blog, to wie, że bardzo lubimy krowy. Bo krówki są bardzo sympatyczne, mają takie poczciwe oczy i nieograniczoną liczbę artystycznych wersji!! 

Następnego dnia poszliśmy kupić najprostsze i szybkoschnące farby do drewna i napadła na mnie narkotyczna, szalona konieczność (ale się wymądrzam z tym porównaniem, zwłaszcza, że nigdy nie miałam „narkotycznej konieczności” 😜) i zabrałam się do malowania na płocie – krowy. Jeszcze jedna do naszej kolekcji, tyle że nie mieści się na półce. Ta krowa wyszła na “łąkę u płotu” 

A mijały tygodnie i ciągle ktoś mi dokładał pomysł. Motylki były moje, ale owieczki już nie. Potem kotek. Świnka znów była pomysłem męża. Dobrze, że miałam dużo różowej farby… 

Od ponad 50 lat ulubionym rysunkiem mojego męża (i wciąż potrafi go narysować!!😂)   jest łabędź. Wychodzi mu to bardzo pięknie. Najpierw kaligraficzna “dwójka”, potem jeden ruch i ptak gotowy! Sam zaproponował, że namaluje. Ale widać nie ma takiego “emeryckiego zacięcia artystycznego” jak ja! 😜 Wreszcie udało mi się go zmobilizować do pociągnięcia kredką pastelową konturu ptaka, a ja już dokończyłam resztę. Potem okazało się, że świnka wyszła trochę za gruba, a łabędź ma za krótką i za grubą szyję… Ale przecież to artystyczne “płotowe murale”, więc są dziełem wyobraźni takiego “artysty” jak ja, a ta jest nieokiełznana i dowolna 🤣 👍

Jeśli ktoś myśli, że to proste namalować coś na płocie, to wyjaśniam, że nie jestem Tomkiem Sawyerem i wcale nie poszło mi to łatwo! Za to bawiłam się świetnie i sprawiło mi to radochę. Zwłaszcza, gdy znajomi i przyjaciele zadawali pierwsze pytanie (oczywiście – po zachwycie!) – ” kto to namalował??” 

Odpowiedź była zabawna. I prawdziwa – JA!!

Nie masz pomysłu co robić? Masz trochę niezagospodarowanego czasu? No i masz płot, którego nie lubisz.. Maluj! 

@@@@@@@@@@

Sobota  

O tym, że język jest tworem żywym i zmiennym, dowiedziałam się już na pierwszym roku polonistyki. Na zajęciach z historii języka usłyszałam wiele przykładów słów pochodzących z łaciny, greki. Nic mnie to nie dziwiło. Było to bardzo logiczne i uzasadnione. Ale już wiadomość, że słowo kościół nie jest polskie i przyszło do nas z języka niemieckiego bardzo mnie zadziwiło… Słowo “kościół” używane niemal każdego dnia w moim języku młodości,  nie podlegało wątpliwości, że musi być nasze. 

Dziś po 50-60 latach, po 35 latach mieszkania na obczyźnie, w dobie internetu, otwartości świata, mieszania się kultur i języków – trudno sobie  z mową/językiem dać radę. To co się dzieje w obrębie jednego języka jest niewyobrażalnie wielką zmianą niemal każdego dnia. 

Wiele lat temu, może nawet z 20 lat… jedna z moich przyjaciółek cały czas mieszkająca w Polsce, w jakiejś naszej rozmowie, na moje oburzenie, że młodzi tak gładko i bez przerwy używają słowa “zajebiście” równocześnie zachwycając się jego emocjonalnym wydźwiękiem (wspaniale, wyjątkowo, niesamowicie) uświadomiła mi, że któregoś roku właśnie to określenie wygrało konkurs na najbardziej popularne słowo roku w języku polskim! Mało tego – przysłała mi jakąś tabelę, gdzie był dowód, że „zajebiście” było zwycięzcą. A cała seria słów w kolejności, równie mi nieznanych – ustawiła się w kolejce za… Dziś już przyzwyczaiłam się do tego określenia i już wcale mnie to słowo nie dziwi. I nie razi… 

My, pokolenie lat 50, 60-tych biegaliśmy na imprezy i prywatki, mówiliśmy nonszalancko na rodziców “wapniaki”, używaliśmy takich zdań jak “rzuć wapno na druty”… W szkole dostawaliśmy “pałę” albo “lufę”. A od czasu do czasu “pionę”.  Jeśli bardzo chcieliśmy podkreślić swoją wiarygodność (słowo daję, naprawdę!) to mówiliśmy “ jak bum cyk, cyk”.  

A moja przyjaciółka, kilka dni temu nauczyła mnie powiedzonka: “rozmawiać jak głupi z kukułką” i nie sądzę, że jest to współczesne powiedzenie. To coś w rodzaju jak – „rozmawiał ślepy z głuchym” albo „mówić ze ślepym o kolorach”… Czyli – nie dogadamy się!!  

A wszystko to przypominam sobie i rozważam, bo wpadła mi znów w oko tegoroczna statystyka najpopularniejszych słów polskich. I już tak mnie to zszokowało, że aż głowa mi zmrowiała od od kręcenia w lewo i prawo.. 

SIGMA – to słowo zwycięzca. Jakież było moje “zdziwienie wyłupiastych oczu”, gdy przeczytałam, że “Sigma to osoba odnosząca sukcesy, wyjątkowa, pewna siebie, ale nie wylewna. Raczej samotnik przekonany o swojej wyjątkowości. Ma swoje zasady i bezwzględnie je praktykuje” (to wyjaśnienie z oceny i statystyki rocznego konkursu).

Dla mnie Sigma to litera greckiego alfabetu, nazwa jakiejś japońskiej korporacji fotograficznej, Sigma Beauty i wiele innych. Ale muszę uczciwie przyznać, że to określenie faktycznie odnosi się też do człowieka o takich cechach, jakie zacytowałam powyżej.

Znalazłam też najnowsze słowa języka polskiego, takie jak: skibidi, glamur, de lulu, rizz.  Proszę, niech nikt mnie nie pyta co oznaczają! Owszem poszperałam, przeczytałam, ale NIC nie zapamiętałam. To już nie mój język. Albo – jeszcze nie..

Nie mogę przecież  zaprzeczyć, że jeśli uda mi się pożyć jeszcze kilkanaście lat i mieć głowę “w porządku”,  to może nauczę się i takich nowości. Tak jak nauczyłam się rozumieć: siema, spoko, nara, w porzo, do zo.. “  

Językowy DOM WARIATÓW!! I niech ktoś zaprzeczy stwierdzeniu, że uczymy się do ostatniego dnia życia, to powiem, że nie ma racji. I to nawet we własnym języku.. 

@@@@@@@@@@

Poniedziałek  

Lubię miasto. Lubię uliczny nieustający ruch. Nawet teraz, kiedy już mnie męczy. Lubię ludzi. 

Uwielbiam małe kawiarenki (jak w piosence Jarockiej), kilka stolików w ogródku oddzielonym pasem zieleni i kwiatów w doniczkach. Siedzę wtedy i czekam na kawę. Abo na kieliszek czerwonego wina. Przyglądam się przechodniom mijającym moje miejsce. Samotnym, szybko sunącym po ulicy. Młodym parom przytulonym do siebie. Roześmianym i beztroskim. Jeszcze nie obciążonych trudami realnego życia. I dobrze. Na wszystko przyjdzie czas. Dzieciaki, których matki ciągną za rękę, bo przecież patrzą na świat z połowy naszej wysokości. I widzą wszystko, trochę inaczej, ciekawiej. 

Twarze – fototapety

Spoglądam na kolorowe ubrania, tak różne w stylu i gustach. Na rozwiane włosy. Na zabawne torby i drogie eleganckie buty. Albo tenisówki. Takie różnorodne, modne teraz. 

I wtedy przychodzi mi na myśl fragment wiersza Wisławy Szymborskiej, który już dawno zrobił na mnie wielkie wrażenie. Lubię poezję Szymborskiej. Jest ironiczna i zaskakująca. Nierozumiana przez wielu ludzi.

 “Myśli nawiedzające mnie na ruchliwych ulicach”

Ludzkie twarze. Wczoraj, dziś i tysiąc lat temu. W każdym miejscu, każdego koloru. Każda inna. Nie powtórzy się. Wiem, co mówi nauka na ten temat. Nie ma takiego samego DNA. Wszystkie – jakiekolwiek już istniały i zaistnieją w przyszłości będą jedyne. Niepowtarzalne…

Czy aby na pewno? Czy mogę być pewna, że Natura nie płata nam figli, że nie skopiuje mojej twarzy i nie da jej komuś przypadkowemu? Może to będzie ktoś w Zimbabwe, może na Bora Bora. A może w górach Bhutanu czy w Nowej Zelandii. Nie mogę tego wiedzieć. Jutro jest mi nieznane… A może zdarzyło się to już dawno?

Pewnie Szymborska miała podobne wątpliwości jak ja mam? Kiedyś znów znajdzie się wśród ludzi moja twarz. I Szymborskiej i twoja… 

Takie dziwne snują się pytania w szarych komórkach starej głowy. 

Wiemy wszystko i … nic nie wiemy. Mamy wyobraźnię i pytania. Tylko Człowiek może myśleć. Tylko Człowiek może mieć wątpliwości i marzenia. 


Zamyślenia. Od poniedziałku do niedzieli. Przez całe życie.

@@@@@@@@@@@@@

I piękna piosenka w wykonaniu Kingi Preis pt,”Raz Dwa Trzy” . „Pod niebie pełnym cudów wciąż nie wiem, czego nie wiem” …


POWRÓT

Ach, to lato..

Lato w Houston

16 września, 2025

Lato ma się ku końcowi.  

Temperatura i pogoda w sierpniu, w Houston.

W Ameryce uważa się (nieoficjalnie), że Labor Day czyli Dzień Pracy wyznacza koniec lata. Choć tu, w Teksasie pogoda wciąż upalna. Słońce przygrzewa mocno i temperatura nie wskazuje na powoli zbliżającą się jesień. Kiedyś usłyszałam, że po Labor Day (pierwszy poniedziałek września) już nie powinno się zakładać białych spodni… Dziwny wyznacznik i niekoniecznie respektowany przez wszystkich. 😀

O zmianie pory roku najbardziej przypomina marketing. W sklepach pojawiają się jesienne dekoracje, inne ciuchy, już w jesiennych kolorach. Dzieci wracają do szkoły, wakacyjny ruch wyraźnie maleje. Ludzie poddają się nastrojowi. 

Odkąd sięgam pamięcią lato zawsze wypełnione było wyjazdami. Na wieś, do lasu, w góry. Niedaleko domu albo bardzo daleko. Samochodem lub samolotem. Zawsze gdzieś. Na chwilę albo na długo. Kilka dni albo miesiąc. Planowane i oczekiwane. Czasem nagle wymyślone wczoraj, a już dziś realizowane. 

Od Colorado do wulkanu Etna. Od uliczek w Porto do wielu innych miejsc w USA i na świecie..

Zmieniały się miejsca. Zmieniały się sposoby podróżowania. 

Człowiek ma potrzeby chwili, ale także plany  w marzeniach, które bywa, że realizuje dopiero po wielu wielu latach. 

Wszystkie miejsca, które dane nam odwiedzić i zobaczyć mają swój własny urok. Zostają w pamięci na długo. Przynoszą niespodziewane przygody, spotkania z ludźmi, których już nigdy więcej nie zobaczymy. Bywa, że jeden dzień przyniesie więcej przeżyć niż długie miesiące codziennego życia. 

Zdarza się, że zapomnimy o przypadkowym miejscu podróży. Nie wpisze się w naszą pamięć – coś zagłuszy obraz, czas. 

Cisza i natura – są tacy co to kochają

Ludzie lubią zaszyć się w głuszy lasu, gór, gdzie jedynym przechodniem jest sarenka albo zagubiony ptak o poranku. Lubią samotność w pojedynkę lub we dwoje. Lubią wyprawy w góry, błąkanie się po leśnych dróżkach. 

To nie moja bajka. Ale wiem, że dla wielu ludzi to jedyny rodzaj ich wakacji. Cisza, którą cenią sobie nade wszystko. Nie wyklucza to bynajmniej opuszczania swojej “świątyni spokoju”, by udać się na targ po zakupy czy od czasu do czasu upewnić się, że telefon działa i można odezwać się do najbliższych. 

Letnie plany to ulubiony temat rozmów zimowych wieczorów. 

Dziś, gdy ludzie korzystają w pełni z otwartości granic między krajami, większość naszych podróży to dalekie kraje o innej kulturze, szansa na zwiedzanie miejsc, o których kiedyś mogliśmy tylko poczytać, pomarzyć. Dzisiaj tłoczno jest wszędzie tam, gdzie kilkanaście lat temu można było znaleźć cichy azyl na letni odpoczynek. 

Z jednej strony to cieszy, że tak wiele można czerpać z życia. Zobaczyć, przeżyć coś, co jeszcze niedawno było tylko naszymi marzeniami. Z drugiej – coraz trudniej uciec od tłumów, od sztampowych miejsc turystycznych.

Najpiękniejsze plaże świata są pełne tłumu ludzkiego. Aby dostać się do najsłynniejszych muzeów musimy robić rezerwacje biletów nawet i rok wcześniej. Miejsc w restauracjach brakuje, za to jedzenie bywa fantastyczne od zwykłych paryskich bagietek do niesamowicie wykwintnego sushi w Tokio. Nikogo nie zraża fakt, że wokół tyle ludzi. Każdy potrafi znaleźć coś dla siebie. Wciąż jest miejsce dla każdego z nas, by wieczorem pospacerować po wąskich uliczkach Porto, Barcelony czy Krakowa. Czekają na nas zielone wyspy i kamieniste plaże. Plaże złotych piasków i góry niedostępne, ale przyjazne dla pasjonatów takich właśnie wakacji. 

Ktoś powie – trzeba mieć jeszcze pieniądze… Tak, pieniądze są potrzebne. Tak było zawsze. Można mieć niewiele pieniędzy i zorganizować sobie podróż marzeń. I można mieć dużo pieniędzy i nie lubić, nie umieć, nie chcieć podróżować. 

Muzyka i książka to także sposób na wakacyjny wypoczynek.

Sprawdza się stare porzekadło : “Dla każdego coś miłego”

Przecież są i tacy, którzy w czasie swojego urlopu zostają w domu, siedzą prawie cały dzień w piżamie czy szlafroku, czytają książki i oglądają telewizję. Albo słuchają swojej ulubionej muzyki. Słońce widzą przez okno balkonowe, drzwi zamykają na klucz, by nikt im nie przeszkadzał. 

A moje tegoroczne lato jakby nie zaistniało. Ominęło moje życiowe ścieżki. Owszem, plany miałam jak zawsze każdego roku. Tyle, że musiałam je tym razem odłożyć na później. Na razie – nie wiem na kiedy. 

Operacja wymiany kolana, niczym mysz w wąską szparkę – wcisnęła się w piękny lipcowy dzień. Najpierw przez wiele tygodni czerwcowe lato mnie nie cieszyło, bo kolano bolało coraz bardziej, potem były wizyty lekarskie, badania, przygotowania… Lato odeszło na daleki plan. I choć w Houston lato jest bardzo gorące i nie daje nam o sobie zapomnieć, to mój letni czas zamienił się w narastający ból i strach. Byłam na to przygotowana. Przez lekarzy, przez czytanie i oglądanie porad w internecie. Wielu moich przyjaciół i znajomych przeszło już tę operację i ich porady były dla mnie bardzo cenne. 

Ale prawda jest taka, że każdy z nas ma swoje własne ciało, własną odczuwalność bólu, własną tolerancję psychiczną na nieznane doświadczenia. 

Można wszystko wiedzieć (no, prawie wszystko…) ale wiedzieć, to nie znaczy czuć. Doktor mówi – “Każdy jest inny”. Ja to ja. Moje kolano, mój ból, mój sposób radzenia sobie z nim. I moja psychika. 

Nie należę do osób cierpliwych i mimo całej wiedzy o procesie gojenia się byłam pewna, że pięć – sześć tygodni po, już będę gotowa powrócić do naszych planów wakacyjnych, podróżniczych, odpoczynkowych, wyjazdowych. Minęło pięć tygodni – długich, bolesnych, choć każdy dzień był inny. Stawiałam pierwsze kroki niemal natychmiast po operacji podpierając się chodzikiem, brałam leki, po których nie mogłam skupić się, by przeczytać choć jedną stronę książki. Zapadałam w sen i budziłam się nadal słaba. Chodziłam na terapię i robiłam dużo bolesnych ćwiczeń. Wiem, że tak trzeba. Wiem, że dziś jest lepiej i że to wszystko miało tak być i miało sens. 

A jednak ta świadomość wcale nie ułatwia mi ułożenia sobie w głowie myśli, że tegoroczne lato mnie ominęło. Nadszedł wrzesień, a ja wciąż nie planuję wyjścia, wyjazdu, gdzie trzeba “normalnie chodzić” bo choć wiem, że ma być kiedyś “normalnie”, to wciąż nie jest. 

Mój zaniedbany ogródek ratuje się sam. Niektóre rośliny zaczynają się odradzać i udają, że doniczki są zapełnione🤗. Może chcą mnie pocieszyć, że nie jest źle. Moje nogi nie są konieczne, by roślinki „nie umierały ”.

Moje życie towarzyskie – lato”25

Na szczęście życie towarzyskie nie ustało. Wiele osób przewinęło się przez nasz dom. Ani ja, ani mój mąż, nie umarliśmy z głodu, co pewnie by nam groziło, gdyby nie pomoc kulinarna rodziny i przyjaciół. Te wizyty to także adrenalina potrzebna mi do przetrwania. Bo kolano nowe, z metalowymi dodatkami to nie jedyny problem mojego ciała. Są także nieprzyjemne “dodatki” o których pisać nie będę, bo “nie zaliczają się” do procesu gojenia, chociaż powinny…

Moje lato powoli mija. Pierwsze lato bez wakacyjnych planów i podróży. 

Nie jest tak źle. Mam nowe kolano! Jeszcze do końca o tym nie wiem, bo wciąż nie daje mi o sobie zapomnieć, ale małe spacery, spotkania poza domem już powoli przywracają mnie do życia. 

Nie odczuwam  ogromnych upałów houstońskich, na które prawie wszyscy narzekają każdego lata. Wręcz przeciwnie – były chwile kiedy dopadały mnie dreszcze, było mi zimno i brakowało mi słońca. Przez dwa miesiące nie piłam dobrego winka (no, może odrobinkę…), nie miałam mojej ukochanej Metaxy przy wieczornym filmie.

Nie narzekam. Nie skarżę się, bo przecież nie ma komu i nie mam na co. 

Piszę o tym, by uświadomić sobie i innym, że zdarzają się w życiu sprawy, które muszą zmienić nasze nawyki, plany. I to często nie tak jak sobie to wyobrażamy. 

Niby nic wielkiego, a jednak jakaś “ zawierucha”. Są ludzie, którzy łatwo przechodzą do “planu B czy C”. Mnie zawsze zaskakuje fakt, że choć starość takie sytuacje wciąż nam serwuje, to ja gdzieś mam w sobie bunt. Nie lubię zmieniać planów! Ale – uczę się każdego dnia nowego doświadczenia. 

Moja „letnia” zmiana nauczyła mnie czegoś. Bo zawsze są „dwie strony medalu”.

Życie obdarowuje nas nie tylko przyjemnościami. Są dni bólu, trudnych przeżyć i wtedy naprawdę sprawdzamy siebie. Uczymy się pokory. Nagle doceniam że np. mam dwie nogi i codziennie chodzę bez bólu. I wcale nie myślę, że „dwie zdrowe nogi ” są mi potrzebne. Po prostu – mam je.. Zaskakuje mnie świadomość, jak niesamowitym mechanizmem jest nasze ciało i jak każda najmniejsza jego cząstka jest nam nieodzowna, absolutnie konieczna -zdrowa!! 

Nie narzekam, że dziś jest zbyt gorąco, że dni płyną monotonnie, że muszę pamiętać o lekarstwach i uważać, by przez nieuwagę nie zrobić sobie kolejnego zdrowotnego problemu. 

Ludzie borykają się z różnymi chorobami, żyją z nimi na co dzień, walczą, a nawet przyzwyczajają się do “nienormalności” i niewygody. Jest w każdym z nas  jakaś niewidzialna siła, by dawać sobie radę z niedogodnościami, bolączkami. Żyjemy jak potrafimy. Mamy swoją własną miarkę. Euforia, melancholia, szaleństwo i depresja. Nadzieja i ból. Marzenia i zwykła codzienna rzeczywistość. Mieszają się, odchodzą i znów wracają do nas. 

Moje trudne lato mija. 

Nie mam wątpliwości, że kiedyś nadejdzie też trudna jesień czy zima. Trudny miesiąc czy dzień.

I jak kiedyś zaśpiewał Stanisław Soyka (zmarły kilka dni temu, w sierpniu tuż przed kolejnym występem na scenie) ) w piosence pt. „Tolerancja”:

“ Na miły Bóg, 

Życie nie tylko po to jest, by brać,

Życie nie po to, by bezczynnie trwać

I aby żyć – siebie samego trzeba dać”

Ból, cierpienie, smutek i niewygoda to tylko przejściowe “lato”, jedna więcej trudna wiosna… A pomiędzy chwilami ciężkimi do przetrwania jest nowy dzień, marzenie, które jutro otworzy się przed nami. Bo nie czekamy bezczynnie, otwieramy się – dla siebie i dla innych. Żyjemy – do ostatniego tchu..

*******************************

Ostatnia próba Stanisława Soyki na sopockiej scenie była cichym pożegnaniem – pożegnaniem, które pozostanie z nami na zawsze. Wspólnie z innymi artystami wykonał „Tolerancję”. Utwór – przesłanie dla nas wszystkich. Słowa, które wybrzmiewają głęboko ludzkim humanitarnym wołaniem. Już nie zaśpiewał na koncercie…

21 sierpnia znaleziono jego ciało, niemal tuż przed wyjściem na sopocką scenę.😥


POWRÓT

Czekoladowo, drinkowo – całkiem przyjemnie 😀

1 września 2025

Dzieci lubią słodycze. Prawie zawsze i niemal wszystkie. W dzieciństwie lubiłam polskie krówki, toffi. Uwielbiałam landrynki w puszce, a szczególnie te, które były białe nieprzezroczyste i miały migdałowy smak. Uwielbiałam kukułki. Takie ciemno- brązowe cukierki z cieniutkimi białymi paseczkami. O ostrym smaku, jakby z „ alkoholem”. Były pyszne malagi, kasztanki i chrupanka krakowska.

Potem nastała era braku wszystkiego, czyli dobrych słodyczy też. Czekolady nazywano zastępczo – czekoladowymi wyrobami, a smak miały… mydła.

Wtedy już wyjeżdżaliśmy na „ pracujące wakacje” do krajów zachodnich i przywoziliśmy dobre niemieckie czy holenderskie słodycze. 

Dziś też je lubimy…

Nigdy nie było tak, byśmy nie mieli słodyczy. Niestety – jedliśmy za dużo, by nasze zęby były w porządku, a za mało, by wiedzieć jakie dobre i różnorodne mogą być słodkości. 

Za to w moim rodzinnym domu nigdy nie brakowało ciast pieczonych przez Mamę, a potem już w naszym domu piekłam coś w każdą sobotę. Najlepsze były ciasta „ sezonowe” – jak wiosna, to drożdżowe z jagodami, półkruchy placek z truskawkami albo rabarbarem. W lecie- biszkopty z owocami i galaretką na wierzchu, a w jesieni jabłeczniki, ciasta ze śliwkami. Wszystko proste, szybkie i łatwe. A może tak mi się wtedy wydawało…

Ciasto kupione w sklepie to był obciach. No chyba, że to były ciastka takie jak ptysie, kremówki, napoleonki i bajaderki. Tego się w domu nie piekło. Może – bardzo rzadko. Zima obfitowała w tradycyjne wypieki świąteczne – babki drożdżowe, pierniki, drobne ciasteczka. 

Nikt z nas nie patrzył na ilość, na ich wartość kaloryczną. Nikt nie mierzył obsesyjnie bioder ani obwodu brzucha. Jedliśmy słodycze, piliśmy kawę z cukrem. Wszystko. Proste i pyszne. Choć nie takie ładne jak dzisiaj. Kawa z serduszkiem z piankowego mleka.. Nie miałam pojęcia, że takie coś można zrobić. 

Kiedy zaczęły się w mojej głowie pojawiać kalkulacje słodyczowe? O, nie żebym przestała lubić słodkie albo – nie daj Boże – jeść je! Zmieniły się jednak preferencje i proporcje. 

Wybrane – najlepsze! – te które pieką moje koleżanki i te restauracyjne – też pyszne!

Ciasta skończyłam piec, gdy zamieszkałam w Houston. W tutejszych sklepach zobaczyłam wybór gotowych i naprawdę dobrych słodyczy. To był powód, który całkowicie mnie rozleniwił i zwolnił z domowego pieczenia. No, może nie do końca to prawda, wciąż piekę kilka przysmaków tradycyjnych jak np. mazurki wielkanocne. 

Niemal zawsze, po dobrym i obfitym obiedzie w restauracji zamawiamy deser. Ale nikogo nie dziwi, że prosimy o  jeden deser i łyżeczki, a lepiej widelczyki dla paru osób. Desery są duże i bogate w kompozycje słodkich smaków, już dawno przestały być porcją na jedną osobę.

Nie zaprzeczam, że moje koleżanki potrafią upiec ciasta o wyjątkowych smakach i żaden wyrób sklepowy ich nie pokona. Torty bezowe, orzechowe, przekładańce i inne cuda – w smaku i wyglądzie są nie do pobicia! 

Te czekolady lubimy!

Nie jest tajemnicą, że wraz z latami zmieniają nam się smaki i obyczaje. Na przykład mój mąż od niedawna wpadł w manię niemal codziennego zjadania lodów. I wszystkie mu smakują! Ja – chociaż „przetestowałam” wiele rodzajów i smaków… mam tylko jeden rodzaj lodów, które mi odpowiada i to nie za często.

 Za to w czekoladach mogę wybierać dużo dużo więcej. Nie lubię bardzo gorzkich czekolad. Lubię za to różnorodność w smakach. I absolutnie uważam, że jeśli mam brandy (Metaxę!) w kieliszku, to kawałek dobrej czekolady jest konieczny! 

Jeden z mocktailów mojego męża.

No i tak się zaczyna każdy (prawie…) nasz relaksowy wieczór – kolejna pogaduszka, kolejny serial i dobre smakowite dodatki. Mój mąż – za co go podziwiam – raczy się „alkoholami bezalkoholowymi”. Są całkiem dobre, pod warunkiem, że są rodzajem alkoholu „des-alkoholizowanego” . To metoda od-preparowania z napoju alkoholowego „ procentów”. W przeciwieństwie do produkowania napoju, który jest np. z założenia winem bezalkoholowym.  Te pierwsze mają smak dużo lepszy. A poziom alkoholu zero. Szampan ma wciąż bąbelki, a nie jest tylko soczkiem… Dla ludzi, którzy nie piją alkoholu, a często znajdują się wśród przyjaciół i znajomych w czasie imprez towarzyskich – jest to dobre rozwiązanie, które nie naraża na pytania, dociekania i co gorsze – namawiania na kieliszek winka czy porcyjkę whisky.. 

No i tak – niechcąco albo podświadomie znalazłam się w temacie drinków.. 

W tym przedmiocie postrzegam siebie jako osobę poprawną „alkoholowo”. Nigdy nie usiłowałam uciekać od tego, co mi smakuje, na co mam ochotę. Najważniejsze dla mnie jest, że życie, a może i genetyka wyposażyły mnie w taki luksus jak “czerwona lampka” w głowie. Mruga ostrzegawczo, gdybym chciała (nie daj Boże!) naruszyć granicę rozsądku i przyzwoitości w ilości napojów alkoholowych😅. Nie wiem jak to się dzieje i jak mózg w tej „przegródce” działa, ale ja nie lubię przekraczać mojej granicy. Chyba sam Pan Bóg zainstalował mi taką miarkę! Nie lubiłam i nie lubię poczuć (jak to mówiła jedna z moich dawnych – już nieżyjąca – koleżanek), że mam “helikopter” w głowie.

Nie będę kłamać, że nigdy nie zdarzyło mi się być „pod wpływem” i nie zdążyć „złapać” czerwonego ostrzegawczego światełka w głowie. Było tak parę razy, ale to były dawne czasy i dawne grzechy młodości. Bolało. Mnie bolało tak nieprzyjemnie, że złe samopoczucie zagnieździło się mocno we wspomnieniach, iż już w późniejszym wieku się nie powtórzyło. 

Może dlatego mogę napić się winka, metaxy, ginu z tonikiem i czasem mieszanego drinka, bo mam zaufanie do mojej „czerwonej latarni” w głowie. 

Może to genetyczne zjawisko😀, może powinnam być wdzięczna za to mojej Mamie, bo ona, jeśli dobrze pamiętam – działała podobnie. 

Żal mi ludzi z problemami alkoholizmu, których chyba nie do końca umiem zrozumieć. Przecież teoretycznie wiem, że tak działają wszystkie inne uzależnienia – różnego rodzaju obsesje, anoreksja, bulimia i podobne…  Tak naprawdę wszystko zależy od nas samych. Inni tylko mogą wskazać szansę, drogę do właściwych decyzji. 

Szczerze – święta nie jestem, problemów mam dużo. Nauczyłam się, że nie należy nikogo potępiać ani prawić mu morałów. Dziś wiem – że w pewnym wieku trzeba brać ludzi takimi jacy są! Możemy tego nie lubić, ale na siłę nikogo nie zmienimy. Chyba, że ta osoba sama chce zmian. Wtedy – bądźmy otwarci!! 

 Zdarzyło mi się w wielu momentach życia być w ciekawych barach, restauracjach, na przyjęciach – widziałam wiele, choć pewnie inni jeszcze dużo dużo więcej… Fajną przygodą w ostatnich dniach naszego czerwcowego pobytu w Durango było drinkowo – literackie doświadczenie. 

Za chwilę .. otworzą się drzwi „barowej” biblioteki…

Zakład FRYZJERSKI – zwyczajne miejsce dla zwyczajnego klienta. Po prostu wchodzisz, bo może chcesz zmienić swoją fryzurę albo skrócić długie włosy. Pytasz, tak od niechcenia… podajesz hasło (nie, nie tajemnicze, żadne zakazane!) i pan „ fryzjer” odsuwa jedną półkę „biblioteki”… a moim oczom ukazuje się nastrojowe wnętrze: plakat z okładek książek znanych pisarzy, skórzane fotele, małe stoliki a na nich malutkie lampy.

Na ścianie – okładki powieści i nowel sławnych literatów

Dyskretna relaksująca muzyka i dwa bary świetnie zaopatrzone. Pan fryzjer (ach, może trzeba było skorzystać też z jego zawodowych usług! 😄) prowadzi nas do dwuosobowego stolika. I zostawia nas. Rozglądam się „po świecie” literatury i dobrych alkoholów – w nastroju, który ogarnia mnie wokół… Włączam telefoniczne QR code menu i sprawdzam, co nam to miejsce oferuje… Drinki o nazwach zaczerpniętych z powieści i opowiadań najlepszych i znanych autorów – Faulkner, Hemingway, Steinbeck… 

A do tego dopasowana, zestawiona kombinacja – drink, który w czyjejś wyobraźni wpisuje się do literackiego pierwowzoru.

Młodziutka barmanka (nie kelnerka) pyta, doradza. Są nawet mocktaile – drinki des-alkoholizowane. 

Nie wiemy, co naprawdę dostajemy. Na ile kombinacje elementów drinka będą nam pasowały. W tych napojach nie ma nic tradycyjnego, zestaw elementów jest czyimś pomysłem i wyobraźnią zestawionym z literaturą. 

Że co? Że drink nie może współgrać z powieścią, nowelą, wierszem!? Ależ może – jak najbardziej!! Nam się to bardzo podobało. Urzekła nas atmosfera baru za zamkniętymi drzwiami biblioteki „u fryzjera”. 

Drinki (wypiłam dwa różne) były dobre, choć nie umiałabym rozróżnić, co w nich było. Ale na szczęście były ich opisy w menu. 

Barów na świecie jest nieskończona ilość. Wszystkie serwują alkohol dla klientów. Ale to, jak bar wygląda, w jaki sposób chce swojego klienta przyciągnąć i zaoferować mu coś niezwykłego w “zwykłym barze”, to już “wyższa szkoła” – wyobraźni, pomysłów, jakości alkoholi, sposobu ich podania. Elegancki, a jeszcze lepiej niezwykły BAR to jest COŚ!

Słowo bar kiedyś nie miało dobrej reputacji. Kojarzyło się raczej z miejscem nieciekawej klienteli, beznadziejnego piwska i setek wódki, zazwyczaj byle jakiego gatunku. 

Dziś bar może być ciekawym miejscem spotkań, dobrej randki i smacznych trunków. Nie musi kojarzyć się brzydkim obrazkiem zapijaczonego towarzystwa.  

Nie byłam i nie jestem częstą bywalczynią drogich barów. Kiedyś nie miałam na to pieniędzy, częściej spotkania “barowe” miały charakter domowy. Dziś nie korzystamy z takich miejsc, bo po prostu są dla nas za głośne, a my pewnie za starzy 🤣. Ale lubię od czasu do czasu zaglądnąć do takich ciekawych zakamarków.  Dla zmiany nastroju i atmosfery, także by spotkać przypadkowych ludzi. Zasmakować czegoś, czego jeszcze nie piłam albo to, co lubię. 

Moje nastawienie do barów już dawno się zmieniło. To po prostu jeszcze jedna forma towarzyskiej rozrywki. 

Dobre czerwone wino jest najlepsze, czasem kieliszek brandy albo szampana. Bywa, że mam ochotę na mieszany drink. Nie za słodki, choć tak lubię słodycze… Lubię gin&tonic i polski “krupnik”. I tu aż wyrywa się z mojej głowy, by zacytować piosenkę „Nalej mi wina” zaśpiewaną przez Irenę Santor podczas benefisu Alicji Majewskiej i Włodzimierza Korcza w Toruniu – w grudniu 2015 roku. Pani Irena ma dziś już 90 lat i ma sie wciąż dobrze. Ileż skromności, klasy i optymizmu i pięknego głosu w jednej kobiecie!!

 Wódka i whisky to nie moja działka smakowa! (sorry – wiem, że ten drugi to bardzo szlachetny trunek i ma mnóstwo zwolenników). Mnie akurat whisky nie smakuje. Bardzo rzadko piję piwo (tylko wtedy, gdy jest wielki upał i tylko ciemne). Nie przepadam za tequilą i rumem. 

Smaki są ważne! Ale jeszcze ważniejsze jest, by nie „utonąć” w barowej atmosferze i zagubić się w zbyt dużej ilości alkoholu.

W moim wieku każdy powinien już znać swoją miarkę, wiedzieć, co naprawdę lubi i czego chce. Takie proste, prawda???!!! 

Lubię dobre słodycze i kieliszek  dobrego alkoholu degustowany z bliską osobą. I lubię dużo więcej rzeczy – ale o tych innych dziś… szaaa 

*******************************

I jeszcze dołączam piosenkę o czekoladzie (a właściwie „słodkiej kobiecie”) i marzeniach pt. „Bombonierka”. Chyba nie jest zbyt znana, za to we wspólnym wykonaniu Basi Stępniak- Wilk i Grzegorza Turnaua brzmi bardzo miło. Dla wszystkich, którzy lubią słodkości, i do drinka😅


POWRÓT